Dalej nie mogę znaleźć odpowiedzi na pytanie: czemu tak genialną grę ochrzcili tytułem z tak tragicznej serii… Racja – są pewne podobieństwa między Columbią i Rapture, jednak poza samym zamysłem wszystko jest klejone na ślinę… Ale przejdźmy do rzeczy istotniejszych.
Sama gra – jak poprzedniczki – polega na bieganiu i strzelaniu. W międzyczasie coś się tam dzieje. Ktoś szykuje jakiś bunt. A my przybywamy tylko po dziewczynę, by spłacić swoje długi… Wszystko w widoku pierwszoosobowym. Pomimo tego, iż pojawiamy się jedynie w interesach, szybko przyzwyczajamy się do obecności Elizabeth i stopniowo zaczynamy się angażować we wszystko co dzieje się dookoła. A najbardziej co dzieje się z samą Elizabeth.
Bohaterka szybko staje się tutaj najlepszym towarzyszem i zarazem elementem gry – kiedy Booker (postać, w którą wciela się gracz) jest ranny – ta szuka i rzuca mu apteczkę. Jeżeli zabraknie amunicji – znów po chwili ratuje nas osoba osoba, po którą przybyliśmy. I to jest tutaj najlepsze – nieustanne wrażenie, nie bycia samemu jak w większości strzelanek. Jeżeli padniemy, nie pojawiamy się z nikąd w jakiejś komorze. Nie. Widzimy przebłyski i Elizabeth walczącą o to, byśmy wstali. Bardzo szybko można uwierzyć w ten świat. Do tego dochodzi jeszcze jego piękno. Oraz samo budowanie klimatu – pierwsze BioShocki grały światłami – sama czerń. Niech gracz ciągle czuje się niepewnie… A po pewnym czasie, gracz… Przyzwyczajał się i miał tego dosyć. Tutaj niebezpieczeństwo jest wszędzie. Czy jest ciemno, czy lecimy między chmurami. Nigdy nie możemy czuć się pewnie. Idealny obraz tego, jak złudne może być poczucie bezpieczeństwa. Coś, czego nie udało się osiągnąć prequelom – klimat.
Sama Columbia jest niezwykłym miejsce. Z naprawdę dobrze wykorzystanym potencjałem – a nie jak Rapture – dobry pomysł na miejsce i cała reszta do kitu. Miasto całe żyje. Ludzie chodzą swobodnie. Bawią się, spędzają radośnie wolny czas… Metropolia jest wiarygodna i niewymarła jak w większości tytułów z rodziny FPS. Swoją drogą: Rapture pojawia się (podczas głównej fabuły, nie licząc DLC), w Infinite tylko w jednej scenie. Co więcej, mogę pokusić się o stwierdzenie, że gdyby akurat ten BioShock nosił zupełnie inną nazwę, ColumbShock czy jakikolwiek inny Columbian Dream, to broniłby się idealnie, bo to zwyczajnie dobra gra. Ze super fabułą, o której nie mogę powiedzieć nic, żeby nie zepsuć odkrywania jej samemu. Co śmieszne, sprawa ma się zupełnie inaczej, jeżeli chodzi o DLC. Te są tragiczne. Jedna arena i dwie historyjki osadzone w Rapture, które są zgodne z całością tylko w jednym jedynym przypadku a i tak trzymają się całkowicie na ślinę.
Jeżeli chodzi o samą walkę i strzelanie – nareszcie te elementy są dobrze zrealizowane. Przeciwnicy już nie są boostowani tylko po to, by gra była cięższa. Tutaj więcej myślą i są bardziej mobilni (zwłaszcza, gdy gonią Bookera na wstędze), przez co akcja nabiera niesamowitego rozpędu i polotu. Coś, o czym 1 czy 2 mogły tylko marzyć, bo bohater tam był wolną fajtłapą a w Infinite każdy jest mniej lub bardziej ale jednak dalej w granicach „równy”. Oczywiście pomijając mini bossów.
Powodów, dla których uwielbiam ten tytuł jest o wiele więcej, ale mówienie o każdym z nich mogłoby zakrawać na spoilowanie, więc niestety muszę pominąć je milczeniem. Mogę tylko i jedynie polecić, ale wyłącznie tą część. Spokojnie! Poprzednie dwie nie mają całkowicie znaczenia – gdyż, jak wspominałem, wszystko na siłę jest ze sobą składane i w sumie to nie rozumiem, czemu Infinite ma BioShock w nazwie. Przypuszczam, że chodzi o pomysł jakimi są plazmidy…. I w sumie tyle.
Jeżeli więc szukasz dobrej (nie świetnej czy rewelacyjnej – nie okłamujmy się, jest zwyczajnie dobra/ bardzo dobra) strzelanki z super (acz trochę przewidywalną) fabułą to można brać śmiało. I zaznaczę kolejny raz: poprzedniczki nie są ani potrzebne, ani warte przejścia. Więc śmiało można brać się za Infinite.
POLECAM