Metroid Dread

Jako wielki fan Switcha (samej idei grania mobilnie i stacjonarnie), nie mogę przeboleć faktu, że na najnowszą konsolkę Nintendo nie ma gier. Tak… Oczywiście… Są przecież Wiedźminy, Crashe itd… Jednak wszystkie te tytuły są też w wersji na PC bądź inne konsole. I to z o wiele lepszą grafiką czy osiągami. 

No i są też tytuły ekskluzywne. Jednak, jak zaznaczałem już parę razy: w mojej opinii ich wysokie oceny są umotywowane chęcią uciszenia sumienia – że wydało się tyle pieniędzy na konsolę z tak słabymi grami. Więc trzeba sobie wmawiać, że wcale nie są to słabe gry. Tylko najlepsze! I to cały świat powinien płakać, że nie może w nie grać. 

Tak było chociażby w przypadku arcynudnego Luigi’s Mansion 3, które zgarnęło bardzo wysokie noty… Albo jeszcze bardziej nudnego Animal Crossing – czyli symulator spłacania kredytu (dziękuję, mam własny, w rzeczywistości, i wcale mnie on nie bawi). Albo źle zrobione Mario Kart… Albo… Itd. Itd… 

W ile ekskluzywnych produkcji wielkiego N bym nie grał… Wszystkie wypadają po prostu słabo. Aż tu nagle, cały na niebiesko-czerwono, wchodzi Metroid Dread. I okazuje się, że na Switcha też mogą powstawać gry… Przyzwoite. 

I dokładnie to mam na myśli. Fabuła to po prostu ściany tekstu, więc przestała mnie obchodzić tak szybko, jak resztki po obraniu ziemniaków. Coś tam się później jeszcze dzieje, jednak jest to przedstawione tak bardzo “po japońsku”, że miałem ochotę wyłączyć konsolę. 

Mimo to… Otrzymujemy kawał dobrego gameplayu. A obok tego już obojętnie przejść się nie da. Gra jest dynamiczna, wciągająca i… Wymagająca. Mam wrażenie, że czasem aż za bardzo. Szczególnie, jeżeli chodzi o E.M.M.I., które nieustannie na nas polują. Nie wybaczają bowiem najmniejszego błędu. 

Żeby jeszcze lepiej zrozumieć jakim wielkim utrapieniem są, warto powiedzieć o systemie kontr. Za każdym razem gdy coś nas atakuje, mamy pewne okienko czasowe, w którym możemy atak skontrować. Sprawia to, że przeciwnik staje się wrażliwy na uderzenia i możemy się go szybko pozbyć. W przypadku E.M.M.I. jest inaczej… Nie dość, że po udanej kontrze i tak nie jesteśmy w stanie zadać obrażeń… To jeszcze sama kontra jest niesamowicie trudna do wykonania… A to dlatego, że “ten moment”, w przypadku tych niemilców, jest zawsze kiedy indziej. Nie da się go wyuczyć… Nie da się złapać “flow”. Albo masz szczęście / ultra szybką reakcję… Albo nie. 

Ale mimo, że to boli… To i tak jest w sumie ok. Po prostu typ przeciwnika, którego lepiej unikać niż z nim walczyć. A przynajmniej do momentu, gdy uda nam się naładować super strzał i rozprawić się z zagrożeniem na dobre. 

Cała reszta jest po prostu przyzwoita. Nigdy nie byłem fanem metroidvanii i raczej już nie będę. Oczywiście doceniam wkład Metroida w gatunek… Ale zupełnie nie rozumiem tak wysokich ocen, jakie ten dostaje. Mam wrażenie, że znów mamy do czynienia ze zjawiskiem ze wstępu. Dread nie jest zły. Ale nie jest też wybitny tak jak sugerują oceny. I jeżeli miałbym jeszcze kiedyś ochotę na produkcję tego typu… To zdecydowanie szybciej wróciłbym do Oriego. 

POLECAM

Rating: 6.0/10. From 1 vote.
Please wait...