Nie wiem co powiedzieć. Albo ktoś zrobił mega wtopę… Albo jest geniuszem marketingu… W ramach przypomnienia: We Were Here Too jest drugą częścią serii We Were Here. Pierwsza była darmowa i zaskoczyła mnie jakością wykonania, pomysłowymi poziomami oraz ceną – była darmowa.
Kontynuacja natomiast jest prawie kompletnym przeciwieństwami… Dlatego albo ktoś dał ciała i zaczął sprzedawać pełnoprawny produkt na fali sukcesu i renomy poprzedniczki… Albo wiedział, że jeżeli pierwszą część, dopieszczoną i przemyślaną, udostępni się za darmo, to więcej osób skusi się na zakup sklejonej naprędce części kolejnej, w zbyt wysokiej cenie. Jak mówiłem: geniusz marketingu!
Podstawy są nam już dobrze znane (a jeśli nie, to koniecznie nadrób We Were Here). Znów widok z oczu i zabawa w tylko i wyłącznie dwie osoby. Nie da się gry rozpocząć samemu a każda napotkana przeszkoda wymaga współpracy i dogadywania się z partnerem. Jedna osoba ma zagadkę a druga klucz do jej rozwiązania. Komunikacja jest tu więc kluczowa, do tego stopnia, że najlepiej wybrać osobę, którą znamy bardzo dobrze i której jesteśmy w stanie odczytywać skróty myślowe. Sam przekonałem się niejednokrotnie, że dobre opisanie widzianego elementu jest kluczowe.
Kolejny raz, mamy do pokonania szereg łamigłówek. Nie chcę ich tutaj wymieniać, żeby nie psuć nikomu zabawy z odkrywania rozwiązań na własną rękę. Może jakby było ich zatrzęsienie, to dałbym jakiś przykład. Jednak, niestety, poziomów jest może z 10. Miałem wrażenie, że ukończenie darmowej „jedynki” zajęło nam więcej czasu niż właśnie sequela. I o ile naprawdę jestem w stanie zapłacić za dobrą produkcję, tak uważam, że 36 zł to zdecydowanie za dużo jak na godzinę „zabawy”…
Czemu w cudzysłowie? A to dlatego, że prawdziwa radość jest w sumie tylko na początku. Widać, że pierwsze 2-3 zagadki mają na siebie jakiś pomysł. Wszystko dodatkowo urozmaica klimatyczna muzyka. Miałem wrażenie, jakbym walczył z żywiołem w magicznym świecie. Bardzo szybko natomiast pojawia się dziwne wrażenie… Gdzieś zaczyna się kołatać myśl… „Im się chyba skończyły już pomysły”… Bo niestety druga połowa gry tak właśnie wygląda…
Jakby tego było mało… To dodam jedno słowo: bugi. Są absolutnie wszędzie. Raz przeteleportowało mnie na lawę. Dosłownie „na” lawę. I jakby tego było mało gra zapomniała, że powinienem umrzeć. Nie mogłem więc ani przejść do następnej zagadki ani zginąć i zacząć od nowa. Albo moje ulubione – wywalanie z gry. Tak po prostu. Jakość Internetu świetna. Discord pokazuje najlepszą jakość połączenia. Wchodzę z przyjacielem do poczekalni. Bum! Rozłączyło nas. Ok. Zaczynamy grać. JEBS! Rozłączyło. Ok… Zabieramy się za robienie ostatniego z osiągnięć, które wymaga przejścia całej gry przy jednym posiedzeniu… I mało brakowało a byśmy nie skończyli, bo wyrzucało nas tyle razy, że zaczęliśmy mieć tego dosyć… I to właśnie stąd jest ten wynik godzinowy na moim liczniku Steam. Nie z rzeczywistego czasu zabawy. Tylko z czasu poświęconego na ponowne przechodzenie dosłownie tego samego.
Ok! Niektóre zagadki mają tylko ten sam rdzeń – zmieniają się runy czy kolejność. Ale niektóre dalej potrafią być identyczne tak za pierwszym jak i dwudziestym podejściem… I właśnie przez te wszystkie rzeczy zastanawiam się nad tym co pisałem we wstępie… Nie wiem co chcieli osiągnąć twórcy… Wiem tylko, że We Were Here Too zawiodło mnie pod wszystkimi względami… Mimo to: zagram w trójkę. A i omawianą odsłonę też, mimo wszystko, polecam. Pomimo tego wszystkiego, dalej bawiłem się świetnie. Ale myślę, że tak już działa świat – w co-opie każda gra jest lepsza i tyle.
POLECAM