Wychowałem się na grach platformowych. Od najmłodszych lat zagrywałem się w Crash’a, Jazz Jackrabbit’a 2 czy innyego Raymana. Zawsze też lubiłem dobre horrory. Ale takie naprawdę dobre. Takie, które mają klimat i powodują u mnie uczucie strachu a nie tylko bazują na pierwotnych instynktach i atakują jumpscare’ami.
I w tym momencie wchodzi on (a właściwie ona), cała na biało (a właściwie na żółto) i daje odpowiedź na pytanie: czy da się dobrze połączyć platformówki z horrorem. Odpowiedź jest jasna: nie (a właściwie to tak)…
Wiem, że nie brzmi to na konkretną, satysfakcjonującą odpowiedź, ale też Little Nightmares z początku bardzo nie chciało bym je polubił… I szczerze mówiąc, byłem blisko tego, by nigdy nie zobaczyć finału przygody Six (głównej bohaterki).
“Czemuż to” – ktoś zapyta. A ja odpowiem: dlatego, że gra jest niesamowicie wręcz nudna i niejasna. Zaczynamy gdzieś. Można się w miarę szybko zorientować, że to statek. I to w sumie tyle z rzeczy, które wiemy. Nie mamy pojęcia jak tam trafiliśmy ani nawet po co, czy cokolwiek takiego. Nie wiadomo kim są napotykane istoty ani jaki w sumie jest cel naszej podróży… Wiem, że jest to zabieg specjalny, ale mnie takie rzeczy irytują. Zwłaszcza, jeżeli sama gra nawet po zobaczeniu napisów końcowych nie daje zbyt wielu odpowiedzi…
A nie byłem pewny czy te napisy zobaczę… Dosłownie polowa (nie żartuję) Little Nightmares okazała się jedną z najnudniejszych gier w jakie grałem. Natomiast drugie pół było ekscytujące, wciągające i po prostu rewelacyjne. To wygląda tak, jakby twórcy zaczęli robić grę od tyłu i potem zabrakło im pomysłów, by zrobić interesujący początek.
A może było zupełnie odwrotnie? Może ktoś miał ogólny pomysł na dzieło? I w trakcie prac pomysł zaczął kiełkować i przeradzać się w coś pięknego? Nie wiem jak było… Wiem natomiast, że absolutnie każdy element jest lepszy w drugiej połowie gry. Design miejsc, zagadki, napięcie i sama akcja. Jakby dwie różne osoby zmieniły się na fotelu reżyserskim. I nie mogę tu mówić o liniowości i stopniowym zagęszczaniu klimatu, ponieważ to był przeskok. Podczas etapu w kuchni, jakby za sprawą magicznego pstryknięcia palcami gra nagle zrobiła się ciekawa, a mi zaczęło brakować tchu.
Przejście całości zajęło mi około 4 godzin. Z czego dwie pierwsze trwały chyba 30 godzin a dwie ostatnie, maksymalnie 20 minut. Tak: matematycznie coś tu się nie zgadza, jednak tak właśnie “leciał” mi czas podczas grania.
Jest jeszcze DLC, które nieco wzbogaca historię, jednak dalej nie daje odpowiedzi na frustrujące pytania… W każdym razie: kontynuacja “leci” na moją wishlistę, jednak nie dlatego, że chcę poznać odpowiedzi (jak już wspomniałem: pytania w tym przypadku frustrują a nie zachęcają), tylko dlatego, że jestem głodny emocji towarzyszących mi podczas kończenia tej odsłony.
POLECAM