The Legend of Zelda Breath of the Wild

W czasach mojej młodości tak się szczęśliwie złożyło, że miałem NESA. No może nie dokładnie NESA… Chodzi raczej o bardzo popularną w tamtych czasach podróbkę konsoli Nintendo – czyli Pegasus’a. Była to moja pierwsza konsola (potem się okazało, że dziadkowie mieli gdzieś jeszcze Commodore, jednak przy tym co potrafiła platforma wielkiego N, nie byłem zainteresowany niczym innym. 

Znane były mi więc Super Mario Bros., Contra, Donkey Kong czy Dizzy. Nigdy jednak w me ręce nie trafiła żadna Legenda o Zeldzie. A nawet jeśli trafiła – musiała mi się bardzo nie spodobać, skoro zupełnie nie mam jej w pamięci. W każdym razie, dążę do tego, iż do Breath of the Wild podchodziłem z czystym zaciekawieniem i bez ani jednej nuty nostalgii. Czyli bardziej obiektywnie. 

No i kolejny raz przekonałem się o tym, że posiadacze Switch’a raczej wmawiają sobie, jakie to gry nie są super, niż te naprawdę są… Ale(!), nie zrozumcie mnie źle! To nie jest zła gra. Po prostu jest przereklamowana i przehypowana. 

Na plus na pewno można zaliczyć miks gatunkowy jaki został przygotowany przez twórców. Wyciągnęli oni bowiem najciekawsze elementy z różnych gatunków i połączyli je ze sobą. Ot: idąc w góry lepiej się ciepło ubrać; pijąc przygotowany eliksir przed walką, jesteśmy np. Silniejsi; nie musimy grindować, ponieważ Link nie wbija poziomów – tutaj jest bardzo logicznie: lepsza broń zadaje po prostu większe obrażenia i tak właśnie powinno być. 

Cieszy też przywiązanie do szczegółów – machając siekierką w wysokiej trawie ścinamy ją. Zdejmując spodnie widzimy protagonistę w samych gatkach itd. Fajne jest też to, że na dobrą sprawę, zaraz po rozpoczęciu możemy udać się na finalną walkę – wcale nie jesteśmy zmuszeni do eksploracji. 

Nie jest to więc gra zła. Jest za to niestety nudna. Większość czasu po prostu przemierza się puste przestrzenie. Jeszcze gorzej: system walki zrobiony jest bardzo źle i jak już zdążyłem przywyknąć – oczywiście sterowanie jest bardzo niestandardowe i nawymyślane – np. Skok pod “Y” / “trójkątem”. A! No i nie ma uników. Tak. W grze z dynamiczną walką i widokiem zza pleców nie ma uników. 

Dodatkowo, niektórych niemilców można pokonać tylko na konkretne sposoby. To znaczy: możemy też w nieskończoność ich uderzać i uciekać godzinami, jednak to już jest totalna abstrakcja. Czasem trzeba przeciwnika wrzucić na wybuchowe cosie a czasem atakować go specjalną bronią. Jeżeli nie ma wspomnianych cosiów albo nie mamy broni… No to czas robić z siebie pajaca i po prostu grindować bez zdobywania punktów. 

To dopiero druga gra, którą ogrywałem na NS i… Już mam dosyć… Sam Switch jest okropnie niewygodny. Sterowanie jest na siłę udziwniane… A! No i znów nie ma w grze voice actingu. Całość nie jest zła, ale nie jest też wybitna. Myślę, że nazwanie ją “dobrą” jest może nie mocnym, ale jednak naciąganiem. Ma momenty zachwytu… Ale to tylko momenty. 

Rating: 6.0/10. From 1 vote.
Please wait...