Horizon: Zero Dawn

Gdy kupowałem PS4, w pierwszej linii produkcji, w które zagrać musiałem, znalazły się takie tytuły jak God of War, Uncharted, Heavy Rain czy powód dla którego konsolę kupiłem: MediEvil. Horizon Zero Dawn było gdzieś na samym początku listy gier do ogrania po ukończeniu powyższych tytułów. 

I dziś stawiam sobie pytanie: czemu nie ustawiałem jej od początku w tej samej linii? Przygody Aloy w niczym bowiem nie ustępują tym Nathana Drake’a. Ba! Momentami jest nawet lepiej! Żeby być szczerym – momentami jest też gorzej… Ale całość trzyma niesamowicie wysoki poziom. I w sumie, to co intrygowało mnie najbardziej – czyli “czemu taki tytuł”, też jest bardzo zgrabnie opowiedziane. Ogólnie historia nie jest może tak intensywna jak we wspomnianej serii o poszukiwaczu skarbów, ale dalej bywa poruszająca i intrygująca. 

Nie jestem wielkim fanem otwartych światów. Za dużo czasu marnuje się na szukanie znajdziek czy levelowanie. Od zawsze uważałem, że to gracz powinien stawać się lepszy a nie postać, którą kieruje. Jednak w przypadku Horizona rozwijamy się na obydwa sposoby. Widzimy tego tam wielkiego potwora? Jasne – możemy iść z nim walczyć. Aczkolwiek lepiej po a: znać swoje umiejętności po b: mieć odpowiedni sprzęt. Więc nie wystarczy tylko chwalić się cyferkami, ale coś rzeczywiście trzeba potrafić – jako gracz. Ale oczywiście, jeżeli chcemy: możemy iść z nim walczyć i przy odpowiednim uporze, nawet go pokonać. I to jest super! 

Super jest też ogólna kreacja świata! Zamiast wielu normalnych zwierząt, częściej idzie natrafić na te mechaniczne. Niektóre olbrzymie! A od pewnego momentu (i możliwe jest całkowicie pominięcie tego), możemy też je kontrolować. Robo-tygrys nagle staje się naszym sojusznikiem i zaczyna atakować inne byty, kiedy my staramy się uniknąć zmiażdżenia! Rewelka! 

A jeszcze lepsze jest to, że do dyspozycji mamy jedynie łuk i jakieś tam wariacje procy czy innych, wydawałoby się, prymitywnych narzędzi. I wiecie co? Nie dość, że to całkowicie starcza, to dodatkowo wywołuje masę radości i satysfakcji po pokonaniu jakiegoś szczególnie dużego niemilca. Jest wyzwanie. Bywa trudno. Ale za to mamy poczucie spełnienia. Uczciwe. 

I to też jest bardzo ważne: przez ani jeden moment nie miałem wrażenia, że gra robi coś źle, albo, że kara mnie za coś za co nie powinna. Zasady są jasne od samego początku. Wiem co robić, wiem jak to robić i wiem kiedy to robić. 

Rozczarowałem się jedynie dodatkiem Frozen Wilds. Ale, ale! Nie znaczy, że dodatek jest zły! Bardzo mi się podobał. Ogólnie uwielbiam zimową stylistykę, w związku z czym bawiłem się wyśmienicie przemierzając zaśnieżone doliny i szczyty. Jednak, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że cały dodatek został wciśnięty bardzo na siłę. Tak jakby trzeba było koniecznie wymyślić innego złego, “bo przecież trzeba” i tak jakby “no ej! Wszystkie duże gry mają DLC więc i my musimy mieć”. 

Więcej grzechów nie pamiętam. Najwyraźniej były więc zbyt błahe, by zapadały w pamięci. Horizon jest bardzo dobrze zrobioną, konkretną i przemyślaną produkcją. I szczerze mówiąc: nie mogę doczekać się kontynuacji!

POLECAM

Rating: 8.0/10. From 1 vote.
Please wait...