Jeśli uważasz, iż twórcy niezależni „zasypują” rynek niepotrzebnymi grami, to najwyższa pora, abyś wyruszył w podróż na księżyc, która zmieni „twórców niezależnych” na „artystów”.
Wiadomo – nie tyczy się to wszystkich projektujących/programujących gry. Jednak po ukończeniu opowieści Kana Gao, pogląd na wszystkie gry indie zmienia się całkowicie. Do tego stopnia iż nie patrzymy się już na nie, jak na zasypującą rynek plagę.
Mimo, iż w tekście nie ma spojlerów, to i tak zalecam czytanie dopiero po ukończeniu gry. Czując przedsmak można sobie zrobić często zbyt wielki apetyt. Mimo, iż nie spotkałem osoby, której tytuł ten by się nie podobał (nawet osoby, które usłyszały już parę spojlerów były zaskoczone) to i tak polecam wcześniej przejść i wyrobić sobie własną opinię.
Grę rozpoczynamy jako dr Eva Rosalene oraz dr Neil Watts – pracownicy Sigmund Corporation – firmy zajmującej się spełnianiem ostatniego życzenia umierającej osoby. Jedną z takich osób jest, zamieszkujący duży dom przy latarnii, Johnny.
Ostatnim życzeniem umierającego Johnnego jest polecieć na księżyc i my musimy to życzenie spełnić poprzez modulację wspomnień naszego klienta. Jako, iż nasi bohaterowie są zaprawionymi w bojach wyjadaczami, tak podchodzą do tego zadania, jak do spaceru w parku. Jednak nie zawsze wszystko idzie tak, jakbyśmy chcieli.
Przy pierwszym odpaleniu gry, jesteśmy w stanie natychmiast stwierdzić, iż „grafika nie zachwyca”, byłoby bardzo lekkim określeniem. Niestety przez to, iż cały tytuł stworzony został w RPG Makerze, szału nie ma co oczekiwać i z góry wiadomo, iż rozgrywka będzie opierała się, jak w Pokemonach, na chodzeniu i wchodzeniu w interakcję z różnymi osobami i obiektami. Jednak w tym przypadku, po pewnym czasie cały obraz zostaje tworzony przez naszą wyobraźnię i zapominamy całkowicie o widoku „z góry”.
Naszym zadaniem jest odszukać przedmioty związane z przeszłością Johnnego, abyśmy mogli cofnąć się w jego wspomnieniach, by następnie nadpisać je nowymi, w których wszystko dzieje się tak, aby ten umierając był w przekonaniu, iż jego życzenie zostało spełnione. Jedynym wyzwaniem, są układanki, które musimy rozwiązać, aby przenieść się do wcześniejszych wspomnień.
Podczas gry nie pada żadne słowo. Każdy z bohaterów „mówi” dymkami z tekstem. Nie przeszkadza to zupełnie. Z czasem przestajemy to zauważać, a nasza wyobraźnie tworzy głosy każdej z postaci. Całość otoczona jest przepiękną muzyką, skomponowaną przez twórcę, zmieniającą się w stosunku od okoliczności. Całość jest idealnie wyważona i mimo, iż jesteśmy tylko świadkami – a może właśnie dlatego – immersja jest niesamowita. Jak już wspomniałem parokrotnie – całość rozgrywa się w naszej głowie, na tyle wyraźnie iż czasem ma się wrażenie, iż jest to rzeczywistość, a takowa sytuacja, naprawdę miała miejsce.
Błędów tu nie uświadczymy. Historia jest spójna i piękna. Grafika po krótkim czasie nie ma znaczenia. Muzyka jest wspaniała i idealnie dostosowuje się do sytuacji. Na siłę można by mówić, iż tytuł jest liniowy. Albo, iż grę da radę przejść w pięć – sześć godzin.
Jedyny element, który naprawdę okazał się niedoróbką, to drobny błąd, przy koniach, gdyż naszą bohaterką nie możemy zejść z wierzchowca. Jeden z poziomów jest także troszkę niestabilny na Mac OS X’ach i trzeba zapisywać i wczytywać dany poziom aby go przejść, lecz nie przeszkadza to aż tak bardzo.
Jest to tytuł, godny polecenia każdemu, kto lubi naprawdę dobrą fabułę. Pomimo liniowości jest zaskakujący i niezwykle wzruszający. Muzyka skomponowana jest idealnie. Łzy lecą same, nie tylko przy samym końcu. Grafika i brak dialogów mówionych nie ma tu żadnego znaczenia, ze względu na immersję, która sprawia ważenie rzeczywistego uczestniczenia w tej historii.
Tytuł jest wyceniony przez Steam na 7,99€, ale w sklepach znajdziemy go już w granicach 10-20 zł, wraz z soundtrackiem. Uważam, że nawet gdyby gra wyceniona była na 120 zł to dalej byłaby warta tej ceny. Przeszedłem ją najpierw na pożyczonym egzemplarzu, następnie poszedłem do sklepu i kupiłem własny. Jakiś czas potem nabyłem jeszcze wersję Steamową. Kan Gao jest twórcą, którego zdecydowanie warto wspierać, pomimo, iż (przypuszczam) nie da rady przebić tego tytułu.
To The Moon zdecydowanie warto mieć w swojej kolekcji, gdyż jest to jedna z tych gier, które pamięta się przez lata i do których się wraca. Zdecydowanie polecam i namawiam do kupna, a sam udaję się w jeszcze jedną podróż na księżyc.
POLECAM