Po grach LEGO nigdy nie spodziewałem się wiele. Jednak, na przestrzeni lat, udało im się z każdą kolejną częścią, tworzyć każdą następną lepiej. I tak od pierwszych Gwiezdnych Wojen, miałem styczność z (prawie) każdą produkcją do MARVEL Super Heroes 2 właśnie.
I szczerze mówiąc: bardzo wyczekiwałem tego tytułu. Prequel wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Otwarty świat bez hubów, masa ciekawych (jak na LEGO) aktywności, oraz mnogość bohaterów swoje robi. Jednak zupełnie nie spodziewałem się tego co miało nadejść.
A zaczęło się od przeprojektowania systemu walki. Powiedzieć, że jest okropny to jak nic nie powiedzieć. Mam wrażenie, że twórcy chcieli bardziej filmowo podejść do tematu i dlatego nasze klocuszki wywijają jakieś dziwne tańce-połamańce. Jednak animacje zrobione zostały kosztem grywalności. Nie możemy wykonać następnego ciosu, bo przecież trawa jeszcze animacja. No czekaj! Jeszcze się nie skończyła…
Nie wiedzieć czemu… Nagle zacząłem mieć problemy ze sterowaniem ogólnie. Jakoś nie mogłem zrobić tego co chciałem, bo niektóre aktywności zostały dziwnie poukrywane pod jakimiś kombinacjami przycisków czy czegośtam innego, co twórcy uznali, że będzie “cool”.
Jednak, to co zasmuciło mnie najbardziej, to powrót hubów. Znów, z jakiegoś powodu wróciliśmy do poruszania się między światami. Tylko tym razem dużo trudniej jest ogólnie dostać się do panelu wyboru herosów. Ale nawet jeśli taki dostęp byłby łatwy: to co z tego, skoro i tak mini-światy są za małe [kto by się spodziewał, nie?]?
Fabuły nie będę omawiał, bo jak wiadomo – nie po to się gra w historie o klockach. Nikt nie oczekuje chwytającej za serce opowieści czy zaglądania w głąb własnej duszy. To co zawsze cieszyło najbardziej – czyli licencje – zostało pogrzebane niesamowicie słabym gameplayem. I będąc szczery – podchodziłem do tej gry 4 razy. Raz sam, raz z kumplem i dwa razy z młodszą siostrą. Niestety – ani razu nie udało się dojść do końca… Ba! Nie wiem nawet czy doszliśmy do połowy. Po prostu nie warto.
NIE POLECAM