Za każdym razem, kiedy omawia się gry oparte przede wszystkim na fabule, powstaje pewien problem: nie można zdradzić zbyt wiele. Tu zaczynają się schody, ponieważ często to co chce się przekazać dotyczy właśnie historii – albo jest zaskakująca, albo zła albo jeszcze inne rzeczy gdzieś się po drodze działy, które chciałoby się omówić.
Niestety trzeba milczeć. Na moje szczęście: A Plague Tale nie samą opowieścią stoi i jest tu sporo rozgrywki. I bardzo dobrze. Dzięki temu zawsze jest ciekawiej. Ale to czego jest najwięcej, to ten paskudny, pretensjonalny, francuski akcent…
Ok… Wiem: akcja toczy się we Francji podczas epidemii dżumy – więc mamy prawo słyszeć te wszystkie powykręcane literki. Jednak francuski, razem z hiszpańskim, są najbardziej znienawidzonymi przeze mnie językami. W związku z czym do samego końca przygody nie mogłem się przyzwyczaić do tego gania. Niezbyt dobre pierwsze spotkanie ale ok…
Wcielamy się w Amicię, nastolatkę, która ma opiekować się pięcioletnim bratem, Hugo i uchronić go przed trafieniem do rąk inkwizycji. A wszystko to w widoku trzecio-osobowym. Bardzo podoba mi się to, jak pokazane są tutaj relacje rodzeństwa. Z początku niechęć i późniejsze przywiązanie. Wspaniała, momentami bardzo wzruszająca opowieść, przywiodła mi na myśl relacje pomiędzy głównymi bohaterami God Of War’a. Niejedna scena przyprawiła mnie o gęsią skórkę i dostarczyła naprawdę pokaźnej ilości wrażeń.
Jednak, z drugiej strony, tak samo denerwował mnie, jak się później okazało, głupiutki scenariusz… W pewnym momencie miałem wrażenie, jakbym oglądał Scooby Doo… A po pokonaniu ostatniego bossa, brakowało mi tylko „i wszystko by mi się udało, gdyby nie te przeklęte dzieciaki”… Tak. Cały świat obraca się dookoła nastolatków, którzy wyciągają się z bardzo mocno strzeżonych miejsc, czy robiących lepsze mikstury, niż mistrzowie alchemii. Tego typu pajacowania zawsze zostawiałem dla Japończyków i nigdy nie sięgałem po ichnie produkcje. Niestety jak widać: nie da się przed tym uciec.
Kiedy więc zaczął się sypać fundament – opowiadanie, kwestią czasu było zauważanie kolejnych niedociągnięć… A tych jest masa. I można zacząć od samej gry ogólnie. Jest zwyczajnie nudna. Widać, że pomysł i zagadki były przemyślane i fajnie skonstruowane, ale tylko do pewnego momentu. Potem twórcy zaczęli powielać jeden przepis, zmieniać jeden składnik i serwować to wszystko jako nowe danie… Na zasadzie „masz przepisz, tylko zmień coś, żeby facetka się nie domyśliła”… W związku z tym, po około pięciu godzinach, widziałem już wszystko i na dodatek absolutnie nie interesowały mnie idiotyzmy wyczyniane przez dzieciaki… Na dodatek, niejednokrotnie denerwowałem się na samą grę, ponieważ jakiś bohater mówi mi „ej, zrób to”, robię to, umieram. W przedostatnim rozdziale umierałem tak często, że autentycznie miałem ochotę wyjść z gry i nigdy doń nie wrócić.
Mamy więc: słabą opowieść, nudę i masę źle zrobionych szczegółów, jak np.: rozcięty nos protagonistki. Ślady krwi pojawiają się gdzieś w okolicach drugiego rozdziału. I do samego końca nie zmyła ani go, ani brudu z twarzy, pomimo wielu możliwości i wiadomości „trzy miesiące później”. Tutaj też wypowiedziałbym się np. na temat szukania samego leku i choroby Hugo, jednak nie chcę zdradzać zbyt wielu informacji… Tego typu pierdółek jest pełno.
To co natomiast pochwalić wręcz trzeba, to szczury. Wykonane są rewelacyjnie i tworzą jeden wielki organizm. Niczym jeden stwór, uciekają od ognia i skaczą do wszystkiego co się rusza. Wspaniale się to ogląda, mimo, iż obraz jest często przerażający. Gra jest brutalna i twórcy nie dają nam wręcz o tym zapomnieć.
Ostatecznie, pomimo tych wszystkich niedociągnięć i głupotek, grało mi się przyjemnie. Nie chciałbym przechodzić tego tytułu jeszcze raz, jednak nie żałuję, poświęconego czasu. Warto dać szansę, gdy nie ma się nic innego do ogrywania.
POLECAM