A Story About My Uncle

Czy mieliście kiedyś tak, iż ktoś obiecał wam prezent… I widzicie wielkie pudło… Większe niż wy… Otwieracie je… A tam malutkie pudełeczko o wymiarach 2x2x2 (cm). A w środku kawałek papieru toaletowego…

Ja też nie, ale właśnie tym w przybliżeniu jest A Story About My Uncle. Jedną z tych, pięknych z wierzchu, a rozczarowujących zawartością książek.

Historię zaczynamy, jako ojciec, opowiadający córeczce o swoich przygodach z przeszłości. Zaginionym wujku i niesamowitej wyprawie, która „ma zmienić nasze życie na zawsze”. Więc pewnego dnia (dawno, dawno temu) pojawiamy się w domu naszego wujka Freda, którego już jakiś czas nie ma, gdyż wyjechał na jedną ze swoich wypraw. Tym razem jednak nie ma go zbyt długo… I nie przysyła pocztówek, tak jak zawsze miał w zwyczaju…

Zwiedzając jego dom, przywdziewamy dziwny kostium, (którego nikt wcześniej, dziwnym sposobem nie widział) i wchodzimy do pomieszczenia, (którego nikt wcześniej, dziwnym sposobem nie sprawdził) i przenosimy się do całkiem innego świata „gdzieś tam”.

Oczywistym jest, iż nasza historia będzie toczyć się właśnie na tym dziwnym, nowym świecie a naszym celem będzie odnalezienie wujka i sprowadzenie go do domu. Dzięki kombinezowi, który przywdzialiśmy w domu Freda możemy bezpiecznie spadać z bardzo wysoka, gdyż wdzianko te amortyzuje upadki, dzięki czemu oś Y jest nam niestraszna.

Poza „umiejętnością spadania” dostajemy także pajęczą sieć, dzięki której możemy łapać się obiektów i przyciągać się do nich. Niestety tylko trzy razy. Czemu trzy? Nie wiem. W początkowych fazach powiedziane jest, iż promień tej mocy powstaje dzięki działaniu świętych kryształów, których w późniejszych częściach jest na pęczki. A my oczywiście nie możemy z tym nic zrobić. Zostańmy więc przy „ograniczeniach kostiumu”.

Zacznijmy może od tych dobrych stron. Grafika. I to byłoby na tyle. Ale! … Ale: grafika jest rewelacyjna. Prześliczna. Lokacje są wielkie. Rozległe. Przepiękne. W pięknej kolorystyce. Bardzo piękna animacja wody. Gra cieni. Odległe obiekty, które wydają się być tak małe, iż można je pomieścić w jednej ręce, a po dotarciu do nich okazują się parokrotnie większe od nas. Notatki na ścianach, które można bez najmniejszego problemu przeczytać. Jednym słowem: rewelacja.

Ale co z tego, skoro rozgrywka leży? Fizyka zepsuta jest totalnie. Uderzamy w skałę z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę i nagle odbijamy się (od skały!), z prędkością pięcio – sześciokrotnie większą w losowym kierunku. Gdzieś poniżej powinien być screen zrobiony z miejsca, które powinno być niedostępne dla gracza, bo jest x metrów od jakiegokolwiek obiektu, którego można byłoby się złapać.

Już po paru minutach gra zmienia się w festiwal umierania. Ale nie dlatego, że tak jak w Dark Souls robimy jakiś głupi błąd, tylko dlatego, iż raz gra stwierdza, że złapaliśmy się dobrze, a raz, że nas wywali gdzieś w kosmos. Każdy skok rodzi nieziemską przyjemność. Bycie w powietrzu i patrzenie na te wszystkie przepiękne widoczki, sprawiają rzeczywistą radość. Ale tylko do momentu, kiedy nie powtarzamy tej sekwencji, po raz xdziesiąty. To nie jest bezwzględność gry, że spadając musimy powtarzać wszystko. To jest jej głupota, gdyż to z jej błędów musimy wszystko powtarzać.

Jakby to nie było wystarczająco zabawne, to czas wspomnieć, o strefach, w których obiekt możemy złapać. Ruchome obiekty mają strefy, w których możemy się ich chwycić. Gdy już lecimy nie ma problemu. Trzymać można się cały czas. Ale w paru momentach twórcy sobie obmyślili, że „tu i tu, gracz powinien się złapać”. A co, jeśli ja znalazłem inny sposób? Biorąc odpowiedni rozbieg, z odpowiedniej strony skały, wybijam się i jestem na wyciągnięcie ręki, od poruszającego się w powietrzu obiektu. I nie mogę go złapać. Bo wyleciał ze strefy, którą sobie wymyślili twórcy.

Nie są to niestety jedyne minusy tytułu. Zacznijmy od tych małych, technicznych. Pomimo zaznaczania opcji pełnego ekranu, gra nie chciała się rozciągnąć. Mam stary monitor, 4:3. Ale to nic. W opcjach są rozdzielczości, które on obsługuje. Czemu więc po zaznaczeniu odpowiedniej opcji obraz się nie rozciąga, tylko zostaje w okienku? Ah! No tak! Przycisk „full screen”. Zaznaczam. Nic. Ok… Nie wiem, czy zbyt mało pieniędzy zostało przeznaczone na takie aspekty techniczne, czy zwyczajnie budżet był zbyt mały. Nie lubię jednak, gdy gra obiecuje mi coś, nie dając tego, mimo iż powinna.

Przez całą grę, jako zadanie poboczne, musimy odnaleźć maszyny Freda. Taki ot quest mający zachęcić nas do eksploracji. Pomysł nawet niezły. Problem jest tu, że wszystkie obiekty interakcji, jakie napotykamy są podświetlane. Gra zabija „poziomem trudności”, a podświetla obiekty interakcji? Powiedzmy, że odpuszczę ten temat, bo niektóre osoby lubią takie „ułatwienia”.

Skupmy się teraz jednak na tym co dostajemy za odnajdywanie tych maszyn. Bonusy w postaci np. zmiany kolorów promienia. Które są nic nie warte. Gdy tylko zaznaczymy opcję zmiany, promień rzeczywiście przybierze inny kolor. I będzie rotował barwami za każdym razem, gdy ruszamy myszką. Nie da się zablokować wyboru. Nawet po wyjściu z menu bonusów, a nawet do samej gry – ta odbiera ruchy gryzoniem, nie tylko w wirtualnym świecie, ale też w opcjach bonusowych.

Pomijając ♥♥♥♥ ciągłego biegania z wyciągniętą przed siebie ręką… Chciałbym skupić się teraz na polskim „tłumaczeniu”. Jest ono tragiczne. Część zdań, jakby z google translatora wyciągnięta. Ktoś mógłby powiedzieć: „ale zawsze pomaga to w zorientowaniu się w tekście”. Nie. Nie jest tak. Dziewięćdziesiąt procent przypadków wyświetlania napisów jest taka, iż pokazują pierwszą część pierwszego zdania i przez całą resztę monologu ostatni wyraz ostatniego zdania. Sprowadza się to tylko do zagubienia, gdyż zamiast starać się zrozumieć narratora skupiamy się na tych paru wyrazach wyświetlanych u dołu ekranu. Bezpieczniej więc dla naszych nerwów jest zwyczajnie wyłączenie napisów.

W oryginalnym języku też nie jest jednak tak pięknie. Poza faktem, iż postaci, które napotykamy są niesamowicie szkaradne i na tle takich pięknych widoczków wyglądają zwyczajnie groteskowo, dubbing głównej drugoplanowej postaci leży. Malina (tak się nazywa bohaterka, którą spotykamy podczas przygody) zagrana jest tragicznie. Aktorka podkładająca głos, często wymuszała z siebie „emocje”, przez co brzmiała śmiesznie, bądź wręcz żałośnie. Komfort gry jeszcze bardziej obniżony.

Gra trailerem obiecywała mi wspaniałą przygodę. Niezapomnianą wyprawę w poszukiwaniu wujka. Zmaganie się z przeszkodami i trudnościami, które stawia przed nami los. Nie dostaliśmy z tego nic. Z każdą minutą gra poza przypominaniem o wujku, który jest super, cudowny i sam wszystko ogarnia (czemu więc zaginął, skoro traktują go jak boga?), uświadamia nam, iż zostaliśmy (ładnie mówiąc) oszukani na 13€.

Wiem, iż spece od marketingu potrafią wszystko sprzedać. Pokazać tak, iż sami sięgamy po najgorsze towary. To jest niestety jeden z tych przykładów, kiedy możemy użyć słów „mądry ♥♥♥♥♥, po szkodzie”. Reasumując: nie polecam. Gra skutecznie zabija rozgrywkę. Sprawia, iż odechciewa nam się grać i do niej wracać. Nawet piękna grafika nie jest w stanie sprawić, iż gra będzie gościć w naszych głowach dłużej. Twórcy chyba zapomnieli, iż grafika jest elementem najmniej ważnym i skupili się zbytnio na niej a nie na rozgrywce. Uwieżcie mi: nie lubicie tego wujka.

NIE POLECAM

Rating: 4.0/10. From 1 vote.
Please wait...