

NARESZCIE! TAK! ZROBIŁEM TO! Znalazłem wystarczająco dużo czasu i samozaparcia, żeby skończyć Assassin’s Creed Odyssey! Choć muszę się przyznać, że ostatnie 2-3 godziny kończyłem już na YouTube… I nie – nie jest to żart.
Jeżeli jest coś co Ubisoft potrafi, to wybierać czas i miejsce akcji swoich gier spod szyldu zakapturzonych zabójców. Wiktoriański Londyn, starożytny Egipt, czy mistyczna Grecja. Tak. W całej historii kraju Heraklesa nie ma lepszego czasu niż ten, gdy wierzono w Zeusa czy innego Hadesa. Jednak jest też coś, czego Ubisoft robić nie potrafi. Mianowicie: gier z otwartym światem.
I nie chodzi mi teraz o samą wielkość mapy. To jest czysta liczba. To jak duża plansza została nam oddana jest nieistotne w porównaniu z tym, jak została zapełniona. I można Asasyna porównać np. do trzeciego Wiedźmina. Tutaj i tutaj mamy olbrzymie, otwarte tereny. Jakim więc cudem Geralt nie męczy, a (w moim przypadku) Aleksjos już niesamowicie?
Wszystko rozbija się o wypełnienie świata zawartością. Widać, że w CDP Red spędzili setki godzin projektując starannie i delikatnie każdy jeden quest. Ubiki natomiast użyli sztuczki prawie tak starej jak świat (a na pewno świat elektronicznej rozrywki): kopiuj-wklej. I niestety, przez te 90 godzin (!) gry, czułem się jakbym był w pracy. Robiłem w kółko dokładnie te same, nudne czynności. Przynieś, podaj, pozamiataj, powtórz, przynieś, podaj, pozamiataj, powtórz, przy… I tak w nieskończoność. I to tak dosłownie, bo zaimplementowany został system generowania czasowych questów. Można więc dosłownie te same czynności powtarzać po sobie. Czy naprawdę w nieskończoność? Ręki sobie nie dam uciąć, bo przeszedłem raptem kilka tego typu misyjek… Ale wnioskując z pojawiających się ogłoszeń na tablicy – tak, nieskończoność jest możliwa.
I tu jest właśnie największy i w sumie jedyny poważny problem – rozmycie treści. Bo gdyby wywalić całe to sztuczne, powtarzalne przedłużanie gry, to wyszedłby naprawdę świetny tytuł! Skłamałbym, jeżeli powiedziałbym, że ani przez chwilę nie bawiłem się dobrze. Ba! Były momenty, gdzie bawiłem się świetnie. Walka z Minotaurem! Ah! Jakież to było satysfakcjonujące… A samo tropienie zakonu! Długie – nie powiem – ale po wytropieniu wszystkich czcicieli byłem niesamowicie z siebie zadowolony. Czułem, że o to właśnie w tej serii chodziło od samego początku. O tropienie i wybijanie złych. A olbdzymie potwory po prostu są spoko. Zwłaszcza, jak istnieją w powszechnej świadomości.
Szkoda też, że system walki zrobił się jeszcze bardziej loot-growy. Tzn: jeszcze więcej przeciwników-gąbek, z których wypada stuff, o różnym stopniu rzadkości, do zebrania. Jednak tutaj doceniam chęci, bo widać, że Ubiki starają się, na zasadzie ewolucji a nie rewolucji, coś z grą robić. Mimo to, nie mogę pochwalić, okropnego, beznadziejnego i bezsensownego systemu podziału i premii ekwipunku, na 3 segmenty – obrażenia wojownika, asasyna i łowcy.
Generalnie, rozchodzi się o to, że jeden miecz daje premię np. +10% do obrażeń asasyna – dzięki czemu ataki ukrytym ostrzem będą odbierały te 10% życia niemilca więcej. W zamyśle ok. W praktyce – nie ma żadnego sposobu, by szybko przełączać się między ekwipunkiem. I właśnie przez to, często misje wyglądają w ten sposób, że zabijasz po cichu paru złych, zostajesz wykryty, wchodzisz do menu, zmieniasz ekwipunek i wracasz do walki. Kompletnie wybija z rytmu, zabija zabawę i zjada czas potrzebny na te wszystkie czynności (a jak wiemy, Ubi do mistrzów optymalizacji kodu nie należą – więc i ekrany ładowania nie są krótkie pomimo dysku SSD).
Rzeczą, którą chciałem pochwalić jest za to możliwość wyłączenia znaczników – w tym sensie, że możemy na własną rękę zbierać informacje o potencjalnym położeniu celu, by następnie szukać go, także na własną rękę. Chciałem, ale tego nie zrobię. Tak długo, jak było to opcjonalne – było to fajne. Jednak w DLC o Atlantydzie, nagle stało się to przymusowe. Ogólnie całe DLC, pomimo przeniesienia akcji do świata bogów, jest bardzo mierne i czuć brak pomysłów na każdym kroku.
Oczywiście mógłbym jeszcze rozpisać się o bugach, jednak nie ma to sensu. Każdy, kto grał w jakąkolwiek inną grę produkcji nowego Ubisoftu, zdaje sobie sprawę, z jaką niedokładnością te produkcje są wykonywane.
I tak naprawdę wiem, że chciałem tu napisać o wiele więcej… Jednak, podczas tych 90 godzin czystej pracy, czy tam “przyjemności grania”, wiele się rozmyło i przepadło w zapomnienie. Punkt dla Ubi za to, że doprowadzili mnie do takiego stanu, gdzie coś przestało mi przeszkadzać a stało się naturalną oczywistością. Tak czy siak – wiem, że żadnego DLC więcej do Asasyna nie kupię. A i przyszłe odsłony będą musiały czekać na naprawdę duże promocje. Odyssey nie jest złą grą. Jest jednak grą na tyle rozciągniętą i rozmytą, że zupełnie nie jest warta swojej premierowej ceny.
POLECAM