Siadam do tego tekstu tak samo, jak do samego „Asasyna”. Trochę walczę z myślami, trochę z uczuciami. Trochę chcę, trochę nie. Niby jest o czym pisać ale niby nie ma.
A to wszystko dlatego, że to dalej Assassin’s Creed. Pomimo tych wszystkich większych i mniejszych zmian, to dalej ten sam tytuł, który Ubisoft pokazywał już masę razy. To co dla mnie stanowiło kartę przetargową w tej odsłonie, to otoczka. Uwielbiam Egipt. I w sumie tylko to mnie przyciągnęło – bo gier o kraju Nilu nie ma zbyt wiele.
Ostatni raz miałem styczność z najbardziej znaną serią Ubików przy okazji Revelations. Okazjonalnie grałem w młynek na Karaibach. Jednak: od samej pierwszej części nie czułem się porwany przez uniwersum a także gameplay. Sam świat jeszcze, może, nawet mnie trochę ciekawił. Odkrywanie tajemnic i przygoda ze skarbami zawsze brzmi super. Jednak właśnie rozgrywka „leżała” od samego początku. Odbiłem się z hukiem od pierwszej odsłony cyklu, właśnie ze względu na nudę. Każda następna misja – identyczna jak poprzednia. Odblokowanie umiejętności siadania na ławce? Serio? Kto to wymyślał?
Tak samo było w kontynuacjach, za które łapałem tylko dlatego, że polecali znajomi, bo „przecież ulepszyli rzeczy”. Wspomnianych ulepszeń natomiast jest tyle co w każdej następnej Fifie. Niby coś się zmienia, ale to zawsze jest to samo. Tak więc: nie przekonała mnie fabuła i odpuściłem sobie definitywnie serię w trakcie przygód z Ezio.
I niespodziewanie, po wielu latach, pojawia się Origins… Jak wspomniałem: od zawsze byłem zafascynowany Egiptem oraz jego mitologią. Naturalnym następstwem było więc ponowne otwarcie serii. Szczęśliwie się złożyło, że ktoś w Ubisofcie pomyślał podobnie do mnie i przeprojektował system walki. Nareszcie potyczki nie ograniczają się do „wciśnij x by wygrać”. Patrząc się na pozytywne recenzje – była to dobra zmiana. I to w sumie na tyle. Reszta identyczna. Dalej jesteśmy chłopcem na posyłki. Dalej trzeba wchodzić na punkty widokowe. Teraz tylko możemy w nagrodę rozwijać bohatera. (Super nagroda).
Swoją drogą: bardzo źle prowadzonego. Gdy pierwszy raz odpaliłem grę, miałem wrażenie, że ewidentnie coś pominąłem, bo twórcy pokazywali nam tylko zlepek losowych obrazów. Dopiero 2-3 godziny później wszystko się ułożyło. Pytanie: czy tak powinno być i kto tak bardzo to zepsuł? Cała reszta historii Bayeka jest ok. Tak po prostu: ok. Nic co by zachwyciło, zszokowało, rozczarowało, zniesmaczyło, czy wywołało jakiekolwiek emocje. Cała historia jest po prostu „ok”.
I tu już wyrażałbym swoje niezadowolenie i użalałbym się nad czasem, który straciłem, gdyby nie otoczka. Bo to właśnie kraj faraonów mnie zachwycił. Pojawiamy się w nim w czasach Kleopatry – czyli ponad 2000 lat po powstaniu piramid. Dzięki temu możemy podziwiać zarówno „nowe” dzieła sztuki jak i te, które nawet dla bohatera są już antyczne. Widać, że ktoś w Ubisofcie przyłożył się do researchu, ponieważ lokacje i zabytki są odwzorowane rewelacyjnie. Największą radość sprawiało mi zwyczajnie przemierzenie miast i podziwianie sztuki architektonicznej. I tylko dzięki temu nie czułem, że tracę czas.
Co można byłoby ulepszyć? Poza rozgrywką? Historię. Widać, że obydwa duże DLC były już bardziej przemyślane i zaplanowane. Angażowały. Szczególnie ten rozgrywający się w Dolinie Królów. I właśnie tego moim zdaniem brakowało najbardziej! Otóż: w drugim DLC możemy przejść do świata umarłych. I dopiero teraz robi się naprawdę ciekawie! Po 50 godzinach gry! Ile osób do tego nie dotrwa?
Na szczęście, chyba sam Ubi zdaje sobie z tego sprawę i daje możliwość awansowania Bayeka na 45 poziom na samym początku przygody, żeby można było bezboleśnie grać w obydwa dodatki. I to jest ta dobra rzecz! To znaczy, że po tylu latach, nareszcie ktoś zaczął się zastanawiać nad tym, jak rzeczywiście można produkcje studia ulepszyć a nie jedynie sprzedać. Liczę na to, że przyszłe odsłony będę miały właśnie więcej baśniowej i mistycznej otoczki, niż niby prawdziwej historyjki. Chcę prawdziwych doznań i niezapomnianych przygód! I tym zakupem daję Ubisoftowi kredyt zaufania. Zobaczymy czy go spłacą…
POLECAM