Ciężko mi wyrazić słowami to, jak bardzo cieszę się, z faktu, iż nareszcie ukończyłem ten tytuł. Z niesamowicie nudnego i słabego BioShocka 1 zapamiętałem dobrze jedynie Big Daddy’ch. Nie mogłem więc nie być szczęśliwy, gdy dowiedziałem się, iż w kontynuacji zagramy właśnie wielkim tatuśkiem. Niestety nie wszystko wyglądało tak ja to sobie wyobrażałem.
Ale od początku: fabuła jest w mniejszym, bądź większym stopniu kontynuacją / uzupełnieniem historii poznanej w części pierwszej. To samo podwodne, klimatyczne miasto – Rapture. W dalszym ciągu konflikty opierające się na polityce i poglądach. I dalej my mimowolnie wplątani w to wszystko.
Różnica jest tylko taka: poprzednio Tatuśkowie byli mega twardymi osobnikami, do których podchodziło się z większym strachem niż do bossów. Tutaj, mimo iż właśnie takim Tatuśkiem jesteśmy – dalej padamy jakbyśmy byli zwykłym frajerem. Oczywiście zmienia się to wraz z upływem rozgrywki i przyswajaniem toników genetycznych. Nie zmienia to jednak faktu, iż jak na jednego z najstarszych i najsilniejszych ojczulków, bohater jest niesamowicie słaby. Nie muszę chyba mówić, jak wielkim było to dla mnie rozczarowaniem i jak bardzo wpływało to na immersję – a w tym wypadku pokuszę się o stwierdzenie, że właśnie przez to zupełnie jej brak.
Cała reszta wygląda tak samo jak poprzednio. Nudne strzelanie, gdzie nie ma znaczenia, czy trafię w głowę, czy w nogę – przeciwnik zawsze traci tyle samo zdrowia. Dalej zbieranie dzienników – najnudniejszej formy przedstawiania fabuły (po po a nikomu nie chce się czytać setnego dziennika, a po b są zdecydowanie mniej angażujące niż chociażby oglądanie nagrań). Dalej przechodzenie, byle szybciej, żeby tylko poznać ciekawą fabułę. Jedynym momentem, który naprawdę zasługuje na wyróżnienie jest moment, w którym widzimy świat oczami siostrzyczki. Możemy wtedy na własne oczy zobaczyć czemu te mówią o trupach z Adamem „anioły” i jak bardzo różny jest świat widziany przez nie a przez gracza. Pojawia się wtedy pytanie – czy wszystkie genofagi tak postrzegają rzeczywistość, czy tylko siostrzyczki?
Muzyka była super, ale przy tak słabej i nużącej rozgrywce, niemożliwym jest zrobienie jakiegoś konkretnego klimatu grozy, czy czegokolwiek co byłoby wspominane lepiej niż tylko droga do zagrania w BioShock Infinite.
Ostatecznie uważam, iż sequel był lepiej zrobiony i trochę mniej nudny niż pierwowzór, jednak dalej nie jest to gra, którą mógłbym polecić, z jednego prostego faktu: jest z setka innych FPS’ów zrobionych zwyczajne lepiej. Crysis, F.E.A.R., BF, CoD, Medal of Honor czy wiele wiele innych. Także: fajnie było poczuć się namiastką Tatuśka ale to nie jest coś do czego warto wracać. Tyle w temacie.
NIE POLECAM