Jeśli miałbym ułożyć tę grę na swojej półce gier wszech-czasów to trafiłaby z pewnością do zakładki „najbardziej zmarnowany potencjał”. Już tłumaczę:
W grze wcielamy się w pasażera samolotu, który miał wypadek pośrodku oceanu. Jako jedyni przeżyliśmy katastrofę i dopływamy do latarni, która znajduje się nieopodal. Tam odnajdujemy batyskaf, którym dostajemy się do podwodnego miasta: Rapture. Jednak gdy możemy wyprostować już nogi okazuje się, że trafiliśmy z deszczu pod rynnę. W mieście toczy się wojna gigantów – dwa filary społeczeństwa doprowadziły do upadku miasta i wyniszczają się w dalszym ciągu kosztem wszystkich ludzi, którym udało się przeżyć a my dostajemy się pomiędzy nich.
Pomimo, iż tutuł zapowiada się niesamowicie już po pierwszych minutach gry dociera do nas bardzo istotna rzecz: gra jest nudna. „Jak może być nudna, skoro fabuła zapowiada się tak znakomicie?” Rozgrywka jest tak źle zaprojektowana, że prędzej idzie za klawiaturą zasnąć, niż poczuć jakiekolwiek emocje.
Niestety, ale popełniono tutaj największą zbrodnię przeciwko strzelaninom pierwszoosobowym, jaką tylko można było popełnić. Nie zadbano o dynamikę. Każda strzelanina jest więc nudna i męcząca. To nic, że przeciwnicy biegają szybko. To nie o to tu chodzi. Chodzi tu o to, że grając nie dostajemy przypływów adrenaliny. Nie czujemy się wciągnięci w grę. Nie czujemy shotguna zamiast myszki w ręku. Momenty, w których czułem podekscytowanie były raptem dwa: pierwsze spotkanie z Big Daddym oraz jeden moment w końcowych etapach gry.
Ponadto: na pudełku widnieje znaczek: „może wywołać strach”. Jako, iż jestem poszukiwaczem emocji, taki symbol przyciągnął mnie jak słodkie rzeczy przyciągają osy. Aby grze troszkę ułatwić, grałem tylko wieczorami i ze zgaszonym światłem. W słuchawkach z dźwiękiem 7.1. Jak się to skończyło? Zainstalowałem F.E.A.R.a 1, bo byłem tak zawiedziony kompletnym brakiem klimatu, że musiałem zaspokoić narobiony sobie wcześniej smak w innej grze. Przez cały czas, który potrzebowałem na przejście gry, ani jeden moment nie przyprawił mnie o przyspieszoną pracę serca.
Co za to jest dobrego? Grafika! Jest piękna. Miasto wygląda cudnie. Animacja wody jak na tamten czas jest niesamowita. Fajnie, iż można wykorzystywać niektóre elementy otoczenia do pokonywania przeciwników. Jednak to wszystko znamy już od dawna, a grafika jest najmniej istotnym elementem gry. Czemu pikselowate The Last Door sprawiło, że czułem oddech na plecach, po których spływał mi pot? Czemu Hotline Miami sprawiło, że czułem ciągły napływ adrenaliny?
Niestety, ale ładną grafiką, różnorodnym arsenałem broni a nawet nadnaturalnymi mocami nie da się zastąpić dobrej rozgrywki. I to właśnie brak zabawy z gry sprawia, iż ten tytuł uważam za całkowitą porażkę. I niestety pomimo dobrej fabuły ( nie okłamujmy się: fabuła była tylko dobra, z jednym zaskakującym motywem i jednym, który można było przewidzieć już dłuuugo wcześniej), naprawdę świetnego miasta i fajnego motywu z plazmidami fabuła nie była na tyle dobra, by nadrobić bardzo kulawą rozgrywkę z całkowitym brakiem klimatu.
Czekam teraz na dislajki od osób, które boją się wszystkich tanich sztuczek i nie mogli się ruszyć z miejsca podczas prostackiego Five Nights At Freddys. Wybaczcie, ale dla mnie gra musi mieć głębię a nie nagłe głośne momenty.
NIE POLECAM