Command & Conquer 3: Wojny o Tyberium

Pierwszy raz miałem styczność z serią Command & Conquer, dzieckiem jeszcze będąc – na PSX’ie. Mój wtedy najlepszy kumpel, przyszedł do mnie pewnego razu z dwoma płytami. Na obydwu była ta sama gra, jednak na płycie nr 1 była kampania GDI a na nr 2 Bractwa Nod, pierwszej odsłony strateigii Command & Conquer. 

Niestety, los sprawił, że kumpel wyjechał wraz z rodzicami za granicę a mi zostały po nim tyko te płyty. Czas mijał i nie wiem czemu, ale seria C&C wróciła do mnie dopiero przy okazji odsłony z numerem 3 właśnie. Zachęcany sentymentem i świetnym gameplayem sięgnąłem po Wojny o Tyberium i zdecydowanie się nie zawiodłem. 

Ba! Byłem zaskoczony poczynionymi postępami! To oczywiste, że gra stała się ładniejsza – lepsze karty graficzne, nowsza technologia i tego typu rzeczy robią swoje. Jednak nie spodziewałem się, że aż tak bardzo da się ulepszyć i tak genialny gameplay. 

Przede wszystkim: dynamika. Tutaj cały czas coś się dzieje. Cały czas trzeba starać się wyprzedzić przeciwnika o krok i cały czas trzeba brać pod uwagę to, że komputer stara się też wyprzedzić nas. Często i gęsto wpadałem w zasadzki bądź przeceniałem swoje siły. Raz udawało mi się opanować sytuację… A raz nie… 

To wpływa na satysfakcję, jaka płynie z samej rozgrywki. Przez to, iż nawet gra z komputerem potrafi być bardzo męcząca – a właściwie: wymagająca, tym bardziej zadowolony z siebie byłem już po zakończeniu danej partii. Ba! Nie raz i nie dwa, w trakcie rozgrywki czułem się jak prawdziwy generał, który stoi w zakurzonym sztabie, myśląc o wszystkich ewentualnościach, zapominając o tym, że tak naprawdę siedzę tylko przed komputerem. 

Poziom immersji jest niesamowity. I muszę zaznaczyć: nie przeszkadzała mi też zupełnie wprowadzona nacja obcych. Wiem, że bardzo dużo osób na nią narzekało, jednak mam wrażenie, że to bardziej kwestia przyzwyczajenia i “wierności oryginałowi”, niż rzeczywista, odczuwalna zmiana. 

Zwłaszcza, że dla grającego, to przecież masa kolejnych, różnorodnych jednostek. I bez Scrin’ów nie brakuje to różnorodności, jednak dodanie nowego przeciwnika, było dla mnie strzałem w dziesiątkę. Jedyne, do czego mógłbym się na siłę przyczepić, to początkowe trudności z rozróżnieniem jednostek. Jednak, z czasem, i to przestało być problemem. 

Gdy grałem w Wojny o Tyberium w 2007 roku (i w Gniew Kane’a rok później), byłem oczarowany absolutnie wszystkim. Muzyką, gameplayem, rozmachem, dynamiką, zróżnicowaniem i grafiką. Dziś – w 2021 roku – grając w tą samą grę z tym samym dodatkiem: dalej jestem oczarowany. I przy okazji jestem też smutny, że niestety, następca nie był tak dobry… A także, że ogólnie gatunek RTS jest na wymarciu. Jednak już teraz wiem, że do starego dobrego C&C3 wrócę także w przyszłości! 

POLECAM

Rating: 10.0/10. From 1 vote.
Please wait...