To jest jeden z tych powodów, dla których sięgnąłem po PlayStation zamiast Xboxa – gry ekskluzywne. Pod jakim kątem by się nie patrzeć i jak by nie liczyć, to właśnie Sony ma więcej ciekawych produkcji niż Microsoft, pomimo tego, że to właśnie X’a uważam za konsolę lepszą i wydajniejszą.
Co z tego jednak, że sprzęt jest super, skoro omija nas to co najważniejsze, czyli sama przyjemność z grania? Oczywiście jest Forza, czy Crackdown, jednak daleko im do emocjonalnego przeżycia, jakie czeka na nas w God Of War, The Last Of Us czy właśnie w Days Gone.
Już na wstępie zaznaczę, że nie oczekiwałem po tej produkcji zbyt wiele. Nie jestem fanem zombie (tutaj nazywanych „świrusy”). Nie jestem maniakiem motocyklowym (główny środek transportu, przy którym możemy „dłubać”). Ale za to jestem wielkim fanem ciekawych opowieści. A nic nie wskazywało na to, że ta będzie tak dobra. Na start wiemy jedynie, że wcielamy się w postać Deacon’a St. John’a – bikera, który podczas pierwszych dni wybuchu epidemii wysłał swoją żonę helikopterem do jednego z obozów, który został doszczętnie zniszczony. Teraz wraz z przyjacielem Boozerem, musi poradzić sobie w nowym, brutalnym i bezlitosnym świecie, dodatkowo stawiając czoła przeszłości. Po takim opisie w życiu nie spodziewałbym się tylu ciekawych wątków, zaskakujących zwrotów akcji i wiarygodności bohaterów – a właśnie to otrzymałem.
Gameplayowo jest równie dobrze. Świat jest duży. Pierwsze dwa akty są bardzo zróżnicowane. Większość czasu jeździłem wszędzie motorem zamiast używać szybkiej podróży – to zwyczajnie przyjemne. Dodatkowego smaczku dodają warunki pogodowe. Kiedy pada – motor reaguje inaczej. Poślizgi są dłuższe a błoto chlapie na wszystkie strony. Kiedy droga jest zaśnieżona – czas hamowania bardzo się wydłuża i o wiele łatwiej jest trafić w np. słup. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy rzeczywiście mechanika jazdy została tak dopracowana, czy jest to tylko efekt placebo, jednak, ostatecznie, jazda jest zwyczajnie przyjemna. To co natomiast denerwuje – to paliwo. Mam wrażenie, że na samym początku gry spalanie wynosi jakieś 80l/100km, bo nawet po najkrótszych trasach musimy szukać benzyny.
Samo „przeszukiwanie miejscówek”, jest natomiast zrobione bardzo dobrze. Każda jedna lokacja wygląda na taką, która była już „przetrzepywana” przez ostatnie 2 lata od dnia 0. Dodatkowo, nawet pojedynczy przeciwnik, na początku przygody, potrafi sprawić problem. A wraz z postępem, tych pojawia się coraz więcej – zarówno świrusów, jak i problemów. Pomijając już zarażonych, często i gęsto napotykamy też ludzi. A z nimi wszystko wygląda inaczej. Jakieś ciało przy drodze. Okazuje się, że nie znalazło się tam przypadkowo i wpadłem w zasadzkę… Jadę sobie spokojnie autostradą i nagle leżę od strzału snajpera… Przejeżdżam nocą koło stacji benzynowej. Nie zauważyłem napiętej metalowej linki. Zanim się podniosłem, trzech łupieżców było już przy mnie… Każda wyprawa po zasoby, to siedzenie jak na szpilkach i obserwowanie otoczenia w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. Days Gone nie jest produkcją typu Rambo – gdzie biorę broń i ślepo wskakuję w wir pocisków. Bardzo łatwo jest przeliczyć się ze swoimi umiejętnościami.
Chyba, że jesteśmy już na końcu opowieści. Wtedy mamy dosłownie wszystko najlepsze. I to jest coś, co twórcy zrobili źle – balans. Oczywiście sama przemiana Deacona z włóczęgi do pogromcy hord jest świetna. Jednak chodzi mi o to, że przez pierwsze godziny jest niesamowicie ciężko, tylko po to, by pod koniec gry było za łatwo. Gdy zajmujemy się walką z hordami, to tak naprawdę nie ma już żadnego wyzwania. Same skupiska świrusów przestawały być dla mnie rutyną, gdy przypadkowo dwie wielkie grupy się połączyły i wtedy musiałem stawić im czoła, razem, w tym samym czasie. Dopiero wtedy czułem przypływ adrenaliny a nie znużenie powtarzalnością zadań.
A tych jest sporo. I zadań i rutyny. Przez pierwsze dwa akty każdy quest wydaje się być generalnie odmienny. Misje potrafią być mniej lub bardziej podobne, jednak ostatecznie na tyle różne, że wykonywało się je z ciekawością. Akt 3 jest, moim zdaniem, absolutnym nieporozumieniem. Nie chcę zdradzać historii, dlatego powiem tylko, że przez absolutnie wszystkie zadania poboczne wspomnianego fragmentu gry, robimy dokładnie te same rzeczy, w dokładnie tych samych miejscach. Tak dosłownie. To samo. Milion razy. Widać, że twórcom ewidentnie skończyły się już pomysły – tak na mapę (dużo uboższą niż do tej pory historii) jak i na questy. A, że dziś jest XXI wiek i przecież w sandboxy gra się długo, to musimy dać dużo misji. Bardzo dużo. Dlatego też ostatnie godziny zwyczajnie się męczyłem. A szkoda. Dużo bardziej wolałbym, gdyby wszystko zakończyło się właśnie przez trzecią częścią przygody i było kontynuowane w Days Gone 2, niż żeby wyglądało, tak jak wygląda teraz.
Niestety ale powtarzalność to nie jedyny problem. Tym jest optymalizacja. Widać, iż SIE Bend Studio nie miało budżetu pokroju Asasynów, czy jakichkolwiek innych produkcji AAA. I niestety da się to odczuć. Fizyka wiele razy wariuje. Wilki się teleportują. Świrusy pojawiają się na niebie. Parę razy przeniknąłem przez sarnę. Gra zwieszała się na kilkadziesiąt sekund, podczas zwykłej jazdy z punktu A do punktu B. Raz nawet zostałem dosłownie wyrzucony, do panelu głównego mojej konsoli. A to wszystko na PS4 Pro… Jak w takim wypadku musi to wyglądać na tych słabszych odsłonach produktu Sony?
Ostatecznie, pomimo, że wiele razy bardzo się denerwowałem i narzekałem na powtarzalność, jestem zadowolony i usatysfakcjonowany. W mojej opinii – historia ratuje wszystko. Jest bardzo poruszająca, wciągająca i angażująca. Warto zagrać chociażby dla niej. Błędy zdążają się każdemu, więc idzie to przecierpieć. Mam tylko nadzieję, że w następnej części przygód St. John’a nie będę narzekał na powtarzalność zadań.
POLECAM