Przypuszczam, że ktoś to już napisał/powiedział, ale ja także muszę: to nie jest do końca gra. To doświadczenie.
Zaczynamy podróż niedaleko latarni. I w sumie to tyle tytułem wstępu. Tylko tyle wiemy. Tylko z tym nas zostawiono. Cała dalsza gra jest jedną wielką podróżą, podczas której towarzyszy nam narrator zwracający się do Estery. Wszystkie teorie fabularne musimy sobie dopisać sami.
Odnośnie rozgrywki: Dear Esther to symulator spacerowicza, z zaznaczeniem na „spacerowicza”. Nie możemy biegać. Ogólnie widoczki w grze są przepiękne więc aż fajnie przejść się i podziwiać środowisko. Niestety, ale przez sporą część gry (szczególnie początek) widoki są te same i ma się ochotę zwyczajnie przebiec do jakiś ciekawszych okolic. Niestety się nie da. Działa to na niekorzyść tytułu, ponieważ przez pierwsze 20 minut nudziłem się tak bardzo, iż miałem ochotę wyłączyć grę, co przypuszczam część graczy zrobiła.
Do plusów można zaliczyć wiele ukrytych smaczków, których podać nie mogę, gdyż nie chcę psuć zabawy. Jednak są i też minusy. Miejscami zanim narrator zaczynał monolog, gra miewała przycięcia. Nie było tak cały czas, a jedynie z 3-4 razy, ale niestety jednak było. Co przy grze, której fabuła opiera się wyłącznie na mowie narratora, raczej wygląda niefajnie.
Generalnie polecam. Jednak jest to bardzo naciągane. Fajnie, iż mamy swobodę interpretacji, jednak całość została przedstawiona bardzo nudno. Szczególnie początek, gdyż od połowy środowisko naprawdę zaczyna być interesujące. Nie jest to tytuł, do którego będę wracał, ale zdecydowanie pozycja, którą przynajmniej raz warto przejść.
POLECAM