I stało się! Było bardzo dużo wyczekiwania… Potem nadrabiania zaległości… Następnie lekkiego zawodu… Masa wspomnień i planów na efektowne i efektywne akcje… I jesteśmy tutaj! Dishonored 2! Ciąg dalszy przygód Corvo – obrońcy królowej!
I w tym momencie mógłbym praktycznie przepisać starą recenzję, bo sequel zrobił na mnie prawie identyczne wrażenie co część pierwsza… Trochę się więc zawiodłem, ale trochę się też spodziewałem…
Zacznijmy jednak, od tych wszystkich przyjemnych rzeczy! I w tym momencie kolejny raz warto wspomnieć o genialnym gameplayu! Jak Hitman w wersji FPS! Ponownie dysponujemy sporym arsenałem broni: tu kusze i pistolety a tam miny czy granaty… I kolejny raz wykorzystujemy magiczne sztuczki! Tym razem jednak wcale nie musimy tego robić!
I ktoś powie: „ej! Przecież wcale nie musiałeś używać mocy wcześniej!” I ten ktoś miałby rację! To, że dostaliśmy pewne umiejętności od Outsidera, nie znaczy, że musimy z nich korzystać. Tym razem jednak możemy całkowicie ich nie przyjąć! I to grając zarówno Corvo jak i Emily. Tak… Tym razem możemy wybrać protagonistę. Od nas zależy, czy królestwo uratuje córka królowej i Corvo czy ponownie będzie to musiał zrobić królewski obrońca.
Spodziewałem się, że bohaterowie będą mieli identyczne moce i bardzo miło zaskoczył mnie fakt, iż Pustka obdarowała protagonistów odmiennie. Oczywiście niektóre z umiejętności są podobne, np. zamiast Mignięcia mamy Przyciąganie, które polega dokładnie na tym samym, jednak tam się teleportujemy a tu bardziej płyniemy do miejsca docelowego… Ale są też umiejki całkiem nowe! Szczególnie spodobało mi się łączenie dusz (dowolnych postaci – nie tylko tych złych czy nie tylko ludzi). Dzięki temu, zabijając jedną istotę, pozbawia się życia także wszystkie połączone!
W przypadku znanego nam już herosa, sprawa nie jest już taka kolorowa i to właśnie tu zaczęły się, moim zdaniem, pierwsze zgrzyty… Zestaw, który dostajemy od Odmieńca (na samym początku gry zostajemy pozbawieni wszystkiego), jest identyczny, jak ten znany z części pierwszej… I najgorsze jest w tym to, że jeżeli zdecydujemy się na ponowną współpracę z panem Pustki, to i tak nie dostajemy tego, co zostało wypracowane w poprzedniczce… W związku z tym, pomimo, identycznych umiejętności, musimy i tak odblokowywać je jeszcze raz…
W związku z tym, ja podszedłem do tego w troszkę inny sposób… Podczas pierwszego przejścia, jako Corvo, odrzuciłem pomoc Outsidera i wybrałem krwawą ścieżkę do odzyskania tronu i uratowania córki. Pan protektor już wcześniej pokazał, że nie straszne mu brudzenie sobie rąk a o nadprzyrodzoną pomoc nigdy nie prosił, tylko została mu ona narzucona. Podczas kolejnego przejścia wcieliłem się w Emily. Sterując protagonistką przyjąłem niespodziewaną pomoc i grę ukończyłem bezkrwawo oraz jak duch… Zrobiłem tak, ponieważ: jaki ojciec chciałby, by jego córka brudziła sobie ręce krwią… A także: co to za królowa, która bez skrupułów morduje swoich poddanych…
Dobra! Już kończę moje motywacje, które zupełnie nic nie zmieniają i wracam do recenzji! Odwlekałem to najdłużej jak byłem w stanie, ale muszę to niestety napisać… Mana… Tak… Największy minus, który zarzuciłem jedynce wraca i tutaj. Z racji tego, iż cały gameplay wygląda identycznie w Dishonored 1 jak i 2, kolejny raz chcę robić te wszystkie widowiskowe akcje z teleportowaniem się za przeciwników, podcinaniem im gardeł, wyskakiwaniem w powietrze, ataku z góry i… I tak dalej… I tak dalej… I ponownie największym moim wrogiem jest system many, który na to nie pozwala. Są fiołeczki, które automatycznie uzupełniają nam niebieski pasek, gdy ten osiągnie 0, czy regeneracja w niewielkim stopniu… Ale to dalej jest ograniczanie gracza i jego wyobraźni. To świadome odbieranie zabawy… Tym razem, jednak ktoś pomyślał, że taki styl może przynosić frajdę i gdzieś tam można natrafić na amulet, który nie zabiera many na skoki wykonane chwilę po zabójstwie. Jednak to dalej nie jest to co bym chciał. To dalej nie jest styl zabawy, który autentycznie sprawiałby mi radość. Dalej czuje się wręcz nim spętany.
Ogólnie trzeba tu zarzucić recykling. Część pierwsza jak i druga są tak do siebie podobne, że równie dobrze mogłyby być jedną grą… I nie mówię tylko o wspomnianej rozgrywce ale także o otoczce… Tam i tu jest plaga… Tam i tu ratujemy królestwo… Tam i tu mamy misje podzielone na otwarte segmenty… Tam i tu rozpoczynamy i kończymy zadania identycznie. Jakby wrócić do szkoły, do tego momentu przed lekcjami, gdzie słychać „ok, przepisz, tylko zmień coś, żeby facetka się nie skumała”… No przecież zmieniłem! U niego jest plaga szczurów a u mnie przerośniętych komarów! Przecież to całkowicie inne rzeczy!
Powiedziałbym nawet, że to właśnie pierwsza cześć zaangażowała mnie bardziej. I nie chodzi mi tu o wspomniane gryzonie, tylko o ogólne motywacje. Był spisek, zdrada, oszustwa i knucie… Tutaj niby jest dokładnie to samo, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszystko to było wymyślane na siłę… Nie po to, by zrobić uniwersum ciekawszym ale po to, by zwyczajnie powstała część opatrzona numerem 2 i zarobiła pieniądze…
No i w sumie ok… Nie żałuję, że grałem… Ponownie bawiłem się świetnie. Powiem więcej: mechaniczna rezydencja jest jednym z najlepszych etapów, w jakie ogólnie grałem! A dbałość o szczegóły i konsekwencje naszych czynów zasługują na wyróżnienie! Jednak, cały czas nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że gram dla samego grania a nie dla zabawy… Taka sztuka dla sztuki… Ponownie więc: nie żałuję tego czasu… Ale wiem, że więcej do Dunwall nie wrócę…
POLECAM