Co powiedzielibyście na grę, która zaskakuje fabułą tych, którzy lubią gry z dobrą historią, jak i tych, którzy gadania zbytnio słuchać nie lubią? Co powiedzielibyście na grę, w której wszystko byłoby łatwe, a jednocześnie trudne?
Tym właśnie jest Don’t Starve. Wyborną ucztą dla tych, którzy lubią jak gra serwuje ciekawe fabularne kąski, jak i nie daje ich wcale. Jednocześnie. Kusi nas także wspaniałą rozgrywką, podczas której głodowanie jest jednym z najrzadszych sposobów na spotkanie kostuchy.
Grę rozpoczynamy budząc się „gdzieś” i widząc nad sobą dziwnego faceta, który mówi nam, abyśmy zadbali o pożywienie, gdyż zbliża się noc. Po czym znika. I to tyle jeśli chodzi o fabułę serwowaną nam przez samą grę w sobie. Dla fanów Minecraft’a oraz innych survivalowych pyszności jest to wspaniała uczta, gdyż nie musimy przejmować się zbędnym gadaniem i śledzeniem niezliczonych linii tekstu.
Jeśli jednak lubicie, jak ja, ciekawą otoczkę, to tej znajdziecie tu pełno. Wbrew pozorom wszystko tutaj skądś się wzięło. Jednak twórcy chcieli przekazać nam to nie tylko przez bohaterów, ale także przez łamigłówwwki.
Same postacie są raczej małomówne i z ich wypowiedzi otrzymujemy jedynie szczątki całości. Więcej puzzli otrzymujemy zaś śledząc oficjalną stronę gry oraz twórców. Bowiem studio Klei Entertainment wszystkie elementy układanki wsadzało właśnie tam. Wchodzimy na stronę, na której z pozoru nic nie ma, lecz jeśli wejdziemy w kod źródłowy okazuje się, że widzimy w nim postać „cienistego obserwatora”, lub jeśli klikniemy w odpowiednie miejsce jakaś maszyna ze zdjęcia zaczyna działać odsłaniając nam swoje tajemnice.
Jest to proces czasochłonny i zależny od tego jak często twórcy będą takie smaczki umieszczali, jednak każda taka zagadka potęguje apetyt i mamy ochotę na więcej, by ostatecznie zatracić się w historii naukowca, który trafił na niewłaściwego pomocnika. Z racji tego, że każda następna linijka byłaby spojlerem zachęcam do samodzielnego odkrycia (przypuszczam) jeszcze niedokończonej historii.
Sama rozgrywka polega zaś na przetrwaniu w tym nowym, nieprzyjaznym świecie. Tak więc musimy zadbać o to, by nasz bohater, którego widzimy na monitorze w widoku 2D, w lekko steampunkowym klimacie, nie: głodował, zamarzł, oszalał (…) umarł. Lista jest naprawdę spoooora.
Możemy tutaj robić praktycznie wszystko, począwszy od zbierania jagód i kwiatów, poprzez przerabianie ich nad ogniskiem na jedzenie lub paliwo, przez zbieranie kup i zabijanie pająków by ostatecznie mieć własną farmę i łowić w spokoju rybki.
Mamy wielkie możliwości craftingowe, które odblokowujemy wraz z budowaniem maszyn naukowych. Możemy robić plecaki, ogniska, pułapki, włócznie, papirusy, suszarnie na jedzenie oraz wiele, wiele innych rzeczy, których wymienianie nie ma teraz większego sensu. Całą esencją gry jest to, iż mimo tych wszystkich udogodnień, które możemy sobie wykonać i tak umiera się nadzwyczaj często.
Warto także wspomnieć, iż w tym sandboksie świat zawsze jest generowany, więc nigdy nie dostaniemy dwa razy tego samego miejsca. Oraz: nie jesteśmy skazani tylko na tryb survival. Odnajdując „Maxwell’s Door” (Maxwell – tajemniczy jegomość, który przyzwał nas do tego świata) możemy przejść w tryb adventure, gdzie naszym zadaniem jest zebranie elementów pewnej machiny oraz ostatecznie odnalezienie wspomnianego wyżej Maxwella.
Co więc mamy robić? Przetrwać jak największą ilość dni. Im więcej dni uda nam się przeżyć, tym więcej doświadczenia otrzymujemy po śmierci, a wraz z kolejnymi poziomami otrzymujemy nowe postaci. Rozpoczynając jako Wilson już po paru zgonach mamy możliwość zagrania Willow, która zamiast brody (broda daje parę plusów do ciepła – przydatne w zimie, ale odejmuje poczytalność, więc zwiększa szaleństwo – nie dobre nigdy) ma zapalniczkę, dzięki której jeśli nie rozstawimy ogniska w nocy, nie atakuje nas tajemnicza postać.
Nie tylko poziomami odblokowujemy kolejnych bohaterów, ale także robiąc specjalne zadania, jak np: znalezienie wypadającej z pająków, lub kokonów „czaszki Webbera”, którą to należy zakopać w znalezionym grobie (który to wcześniej należy rozkopać…), by ostatecznie móc rozpocząć nową grę jako pół pająk, pół człowiek.
Mimo iż każda postać ma charakterystyczne dla siebie właściwości, jak mniejsza lub większa odporność psychiczna lub szczególne właściwości, jak broda, lub większa wiedza, tak większość cech jest identycznych.
Każdy z ludzików ma status głodu, zdrowia oraz poczytalności. Jeśli jest za ciemno, wskaźnik poczytalności spada, zapędzając nas w otchłań szaleństwa, gdzie z czasem zabijają nas cienie. status głodu i zdrowia jest oczywisty.
Nie głodować, jak mogliśmy się domyśleć jest ciężko. Jednak jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się umrzeć z głodu. Otaczają nas rozmaite stworzenia, jak np: króliki, ptaki, żaby, które to możemy złapać, a następnie przyrządzić nad ogniskiem, lub w garnku.
Niestety, ale poza tymi miłymi stworzonkami są też bestie, których jedynym celem jest przyspieszenie naszej śmierci. Tak więc musimy stawiać czoła pszczołom, wysokim ptakom, czy wilkom a po zakupienie DLC Panowanie gigantów nie jest łatwiej, gdyż dostajemy dodatkowo np: Jeleniocyklopa.
Nie musimy jednak do tej nierównej walki stawać sami, gdyż są z nami świnie! To znaczy: gdy je przekupimy, to przez chwilę nam pomagają. Za każdego rodzaju mięso – czy to, które wypadło z pająka (czy innego potwora), czy to, które wypadło z np królika – nakarmiona przez nas świnia będzie podążać za nami oraz atakować to co zaatakuje nas, bądź to co zaatakujemy my. Gdy więc mamy zaplecze dziesięciu świń, żadna maszkara nie jest problemem.
Warto też napomnieć, iż we wspomnianym wyżej DLC, świat nie jest tylko bardziej napakowany potworami, ale i ogólnie trudniejszy. Jedzenie niby psuje się z taką samą szybkością, jednak zdobyć je jest o wiele ciężej. Dodatkowo padający deszcz nie tylko gasi nam ognisko jak w podstawowej wersji, ale też sprawia, że zaczynamy przemakać. Spada nam przez to poziom poczytalności a nasze jedzenie nie smakuje już tak dobrze. Jest to oczywiście tylko jeden z wielu smaczków dodatku, ale zachęcam, by resztę odkryć grając.
Jest to tytuł, który przyciągnął mnie wspaniałą oprawą oraz obietnicą wybornej zabawy i po przegraniu ładnych paru godzin, gra nie nudzi się zupełnie! Przyznam, iż ciągłe umieranie trochę zniechęca… Zwłaszcza, kiedy mamy wszystko co potrzebne, zrobiliśmy sobie farmy i domki dla świnek, myślimy, że wszystko nareszcie idzie w dobrym kierunku i nagle BAM, ŚMIERĆ bo stado pingwinów postanowiło przejść przez twój zakątek, a po odrodzeniu się przy ołtarzu umierasz z zimna. Warto tu napomnieć, iż ołtarze nie trafiają się często a są one jedynymi sposobami na to, by po śmierci nie obudzić się w menu głównym.
W tym tytule zachwyciła mnie także muzyka, której mógłbym słuchać na okrągło. Każdy kawałek jest dokładnie przemyślany i wpleciony w odpowiednie fragmenty rozgrywki tak, by podsycać płomień dobrej zabawy.
POLECAM