DOOM

AH! I to jest właśnie tytuł o który nic nie robiłem! Jakby tego było mało: nawet poprzedniczki ominęły mnie szerokim łukiem. Kiedy dostałem stareńkiego DOOM’a w ręce, ogrywałem akurat Soldier of Fortune – więc było to gdzieś w okolicach 2000-2005 roku. Gdy dziś spoglądam w tamte czasy i porównuję grafikę obu produkcji, to świetnie rozumiem młodego siebie.

Jednak lata minęły. Soldier of Fortune umarło a DOOM doczekał się nowego otwarcia. HA! I to jakiego! Jestem wielkim fanem każdego rodzaju strzelanek. I tych bardziej realistycznych, gdzie trzeba chować się za osłonami, jak i tych bardziej dynamicznych, gdzie trzeba być nieustannie w ruchu. I tak, jeżeli miałbym wymienić tytuły dla mnie ważne z tej pierwszej grupy, to nie miałbym najmniejszego problemu. Gears of War. Crysis. Far Cry 5. I wiele innych. Jednak, ciężej robi się gdy patrzę właśnie na shootery bez osłon. Ok. Od biedy można wypisać tu wspomnianego SoF’a – nie ma tam osłon, bo zwyczajnie wtedy tak się projektowało gry. Jednak dziś jest przyszłość. A z tytułów przyszłości, o których mogę powiedzieć, że naprawdę zrobiły na mnie wrażenie, i zostaną ze mną na dłużej, jestem w stanie wymienić jedynie Titanfall’a 2. A teraz także i DOOM’a.

Naprawdę, jestem głęboko zaskoczony i poruszony nową odsłoną starej gry. A, żeby było ciekawiej, moja przygoda wcale nie miała miłego początku. Gdy tylko kliknąłem „nowa gra” i wstałem z sarkofagu, zabijając przy okazji pierwszych opętanych, wszystko bardzo przypominało mi… Wolfenstein’a… I to tego nowego… Styl graficzny jest niemal identyczny. Na pierwszy rzut oka, nawet animacje były podobne… Jako, że wznowiona seria o B.J. Blazkowiczu nie do końca sprostała moim oczekiwaniom, nie byłem z tego podobieństwa zadowolony. Jednak, na moje szczęście, wątpliwości zostały bardzo szybko rozwiane.

Oczywiście – fabularnie te dwie produkcje opowiadają o zupełnie innych wydarzeniach. Chociaż, z drugiej strony: tu i tu zabijamy demony. Różnica taka, że te są rzeczywiście, dosłownie z piekła. Akurat tego dowiadujemy się bardzo szybko. Natomiast informacje o samym Doom Marine są nam podawane drobnymi fragmentami, wraz z postępem głównego wątku. Powstrzymam się więc od zdradzania szczegółów.

To przed czym natomiast się powstrzymać nie mogłem to MORDOWANIE I ZABIJANIE KAŻDEGO JEDNEGO DEMONA! A są ich całe hordy! Rozgrywka ogranicza się, do zamykania gracza w arenie, z wspomnianymi wcześniej niemilcami. Tam, w widoku pierwszoosobowym, dobieramy najbardziej pasującą nam pukawkę (tak naprawdę, to bierzemy tą, gdzie jest jeszcze amunicja) i rozpoczynamy oczyszczanie.

Tutaj następuje coś, co, naprawdę, można nazwać „prawdziwą akcją”. Dynamika i krew wylewa się wręcz z monitora. A wszystko to pod dźwięki industrial metalu łączonego z djentem. Ostatni raz taki poziom adrenaliny miałem obcując ze wspomnianym Titanfall’em. Wszystki dzieje się niesamowicie szybko a sama gra punktuje nas właśnie za pozostawanie w ruchu. Można pójść nawet krok dalej: kara nas za stanie w jednym miejscu i chowanie się. Demony bardzo szybko nas otaczają i wtedy naprawdę jesteśmy w sytuacji bez wyjścia. Jeżeli natomiast podejdziemy do sprawy brawurowo – wskoczymy z shotgunem czy piłą mechaniczną w wir poczwar – możemy liczyć na bonusy. Tutaj np. za zabójstwo wręcz – „zabójstwo chwały” – zostajemy nagrodzeni czy to życiem, czy amunicją. Jeżeli więc podchodzimy do rozgrywki odpowiednio bojowo i odważnie – nigdy nie zabraknie nam amunicji (może z wyjątkiem spotkań z bossami).

W poskramianiu sługusów piekieł pomogą nam znajdźki, punkty rozwoju, żetony pretora oraz runy. Czemu wymieniłem je jednym oddechem? Bo nie znajdując żadnej – też jesteśmy w stanie grę ukończyć. Ale do szczegółów. Na pierwszy ogień: znajdźki. Tych mamy masę. Raz są to dzienniki (tak – w takiej dynamicznej grze, twórcy celowo spowalniają akcję, bo nie mają pomysłu jak inaczej przedstawić świat – najgłupszy sposób na opowiadanie historii), raz laleczki a raz specjalne kryształki, które zwiększają na stałe poziom zdrowia, zbroi lub amunicji. Podpowiedź: w pierwszej kolejności warto napełnić sobie pasek zdrowia na maxa. Punkty rozwoju – w domyśle – broni. Za wykonywanie specjalnych zadań, lub zwyczajnie: za mordowanie niemilców, dostajemy specjalne punkty, którymi możemy rozwijać moduły w pukawkach. Same moduły trzeba wcześniej zabrać robocikom – ale nie szukając specjalnie udało mi się zgromadzić ich naprawdę dużo (jeżeli nie wszystkie). Żetony pretora rozwijają naszą zbroję. I tutaj pojawia się pewien zgrzyt. Wykupiłem kompas, który miał dawać mi znać o sekretach w pobliżu. Przez całą grę zadziałał raz. Dosłownie.

Runy to już bardziej rozbudowany temat. Dzięki nim dostajemy jakieś umiejętności specjalne – np. przyciąganie zdrowia albo dłuższy czas ogłuszenia przeciwników. Samych gniazd mamy 3 – można więc stworzyć sobie oryginalną kombinację dostosowaną do naszego stylu gry. Jednak – by run używać – nie wystarczy samo ich znalezienie. Trzeba wykonać specjalne wyzwanie. Raz będzie to skakanie z miejsca na miejsce w określonym czasie a raz zabijanie niemilców tylko za pomocą wyrzutni rakiet.

Błędy? Jakieś tam oczywiście są. Jednak są one całkowicie nieistotne. Żałuję tylko tego, że nie ma takich słów, które pozwoliłyby mi dobrze opisać, jak świetnie się bawiłem i jak bardzo dynamiczną grą DOOM jest. To zdecydowanie tytuł, do którego będę wracał. Wiem też, że zacząłem kolejne polowanie – na Eternala. Gdyby Bethesda wydawała tylko takie produkcje, to nawet pobrałbym ich launchera i stałbym się wielkim fanem firmy.

POLECAM

Rating: 9.0/10. From 1 vote.
Please wait...