Weź dra Mario. Pozbądź się Mario. Daj kreowanie postaci. Dodaj „fabułę”, w której nasz bohater będzie walczył ze złem.
W sumie tyle. Dungeon Of Elements ma w sobie wszystko, co znany nam klasyk z dodatkiem upiększaczy, które mają za zadanie przekonać nas, że to nie to samo.
Na samym początku gra serwuje nam panel tworzenia postaci. Mamy sporo opcji do wyboru: idąc przez ubrania i kolory włosów, kończąc na różowych oczach ze źrenicami w kształcie serduszek.
Zostaje nam też przedstawiona księga z opisem naszego świata i rzeczami, z którym przyjdzie nam się zmierzyć. Dostajemy więc dobre trzy strony tekstu, opowiadające o walce dobra ze złem. I na tym księga się kończy.
Jak łatwo się domyślić: naszym zdaniem jest rozgromienie wszystkich niemilców.
Dostajemy mapkę. Z zaznaczonymi punktami. Te punkty to nasi wrogowie. Klikamy i otwiera nam się ekran walki. Losowe pigułki spadają, a my musimy pokierować je tak, by te zabiły bakterie wrogie ogniki.
Poza tabletkami mamy dostęp także do ekwipunku, który możemy zdobyć po pokonaniu wroga, np. miecz. Daje to nam możliwość ataku jednego z przeciwników omijając kolejkę innych. Dodatkowo, na planszy możemy napotkać różne przeszkody, tylu: skrzynie, dziury… I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że to dalej dr Mario, tylko, że z niepotrzebnymi utrudnieniami i pseudo ułatwieniami jak właśnie np miecz.
Żeby jeszcze bardziej „odróżnić” się od hitu Nintendo twórcy Dungeon Of Elements dali specjalny panel, na którym widać, że plansza nie jest probówką a lochem i pigułki nie spadają, a poruszają się do przodu. Lecz główny widok dalej pokazuje co innego. Każdy etap gry wygląda identycznie, a zmieniają się jedynie ułożenia przeciwników oraz przeszkód. Szczerze mówięc nie przekonuje mnie nawet możliwość craftingu, gdyż gra dalej jest taka sama.
Jeśli chcecie pograć w dra Mario, to polecam pobrać emulator Nintendo. Za 9,99€ mamy dostęp do nudniejszej wersji znanego hitu, „doprawionego” o „przeszkody”, „ładny wygląd” i „fabułę”. Grając w to miałem wrażenie, że tworzenie postaci było tylko po to, by na siłę utożsamić gracza z tą grą, tym samym chcąc go przyciągnąć chociaż na minutę dłużej. Jak to się mawia: „tonący brzytwy się chwyta”.
W tych lochach niestety więcej nie zawitam.
NIE POLECAM