Dying Light

Mam pecha do gier, które dostaję na urodziny od mojego przyjaciela. Zawsze kupował mi tytuły, które w danym czasie bardzo mocno obserwowałem. Do dziś pamiętam pierwszą grę, którą mi sprezentował – Command & Conquer 4 Tyberyjski Zmierzch, która okazała się jedną z najgorszych gier strategicznych w jakie grałem i jedną z niewielu strategii, za które się zabierałem i których nie ukończyłem.

I tak też jest z tytułem, który dostałem od niego na ostatnie urodziny – Dying Light. Bardzo długo rozglądałem się za jakimiś ofertami / promocjami. I nic. Produkcja Techlandu nie chciała zejść z ceny. A kiedy nareszcie dostałem ją w swoje ręce, bezzwłocznie ją zainstalowałem. Tylko po to by po około 2 godzinach ją odinstalować i prawdopodobnie nigdy doń nie wrócić…

Lubię FPS’y. Tu mamy FPS’a. Dodatkowo w otwartym świecie – co dla gracza, który zazwyczaj spędzał czas w liniowych produkcjach jest bardzo fajną odmianą. Fajnie jest biegać między ruinami i samemu wyznaczać kolejność zadań jakie mam do wykonania. Eksplorować we własnym tempie.

Powiedziałbym, że przeszkadzają mi przeciwnicy, jednak nie mam nic do zombie. Jasne: wszystkim się już chyba przejadły. Jednak mi nie aż tak bardzo, żeby psuć całą zabawę. Zwłaszcza, że sami martwi ludzie zostali zrobieni bardzo dobrze. Podoba mi się ich wygląd i to jak się poruszają oraz jak potrafią wchodzić np. na samochody.

To co mi się natomiast nie podoba, to sama walka. Zdecydowanie częściej miałem tu jakąś metalową rurkę zamiast pistoletu. Przez co o ile zabijanie nieumarłych nie dawało przyjemności ale też nie przeszkadzało, o tyle, gdy już mieliśmy zatarg z żywymi, którzy np. mieli broń palną… Potrafiłem się mocno zdenerwować. Takich przypadków jest tu masa.

A jakby tego było mało, to najlepszy element gry, czyli parkour zrobiony jest zwyczajnie źle. I nie chodzi mi tutaj o same animacje wspinania się czy zeskakiwania itd. Chodzi mi bardziej o fizykę podczas skakania i o to, że skacząc z tego samego miejsca 3 razy. Wszystkie 3 razy dolecimy na inną odległość. Podczas jednej misji trzeba przeskoczyć z dachu na słup. Jakże wielkie było moje zdenerwowanie, gdy podczas jednego skoku lądowałem przed słupem, tylko po to, by chwilę później przeskoczyć go… Tu nie ma reguł. Polecimy tak daleko jak grze się zachce. Z tego samego miejsca przypominam…

Ale nie tylko warstwa techniczna tu leży. Okropnie jest także z samą historią. Bez żadnego wprowadzenia czy jakichkolwiek informacji lecimy sobie spadochronem, tylko po to, by źle wylądować… I walczyć z nagle pojawiającymi się żywymi trupami… Po to by zostać chłopcem na posyłki gdzieś tam u kogoś… Nikt się nie pyta, po co lecieliśmy na spadochronie. Nikt nie sprawdza naszych zamiarów… Tak o: ej ty! Teraz będziesz nam biegał i zanosił rzeczy w miejsca…

Niestety, ale za każdym razem kiedy spotykam tego typu tytuły, kawałek mojej duszy umiera. Nie spotkałem się jeszcze z produkcją, w której palce maczał Techland, gdzie nie miałbym nic do zarzucenia. Mogłem być mądrzejszy i wyciągnąć z tego wnioski zawczasu. Teraz tylko wiem, że kontynuację ominę szerokim łupkiem.

NIE POLECAM

Rating: 3.0/10. From 1 vote.
Please wait...