Będąc jeszcze w technikum, przechodziłem okres odstawienia gier komputerowych. Wiadomo – trzeba być dojrzałym i dorosłym a przecież gierki to głupoty. Tak wtedy wszyscy mówili i takiego podejścia oczekiwali. Dziś cieszę się, że nigdy do końca tego nie dopuściłem do siebie.
I cieszę się, że mój brat kupił sobie akurat Far Cry’a 3. Zaciekawiony piękną grafiką i ciekawym klimatem samej produkcji, zacząłem grać. I się wciągnąłem. Konsekwencją był powrót do świata wirtualnej rozrywki na dobre. I to był też początek przygody z serią Far Cry.
To znaczy: też nie do końca początek. Pierwszy raz natrafiłem na ten tytuł przy okazji premiery pierwszej części. Jednak wtedy odbiłem się jak od ściany. Przeciwnicy, którzy widzieli przez ściany, potrafiący ustrzelić nas ze snajperską precyzją zanim nawet ich zauważyłem, bo byli tak daleko. Nie było to zachęcające. Po sequela sięgnąłem dopiero po latach (już po przejściu części trzeciej). Tutaj już miałem mieszane uczucia. Niby super przywiązanie do szczegółów ale mdlenie co chwilę potrafiło zdenerwować. W część oznaczoną numerem 4 grałem raptem chwilę. Jednak na tyle długo, by zorientować się, że to część 3 z nową mapą. Odłożyłem ją więc „na kiedyś”. Primal z racji mało interesującego mnie klimatu, jakoś przeszedł bokiem. Natomiast, gdy tylko zobaczyłem pierwszy trailer piątej odsłony serii, już od jakiegoś czasu, Ubisoftu, wiedziałem, że muszę w to zagrać.
Generalnie Far Cry 5 trafia idealnie w to co uwielbiam. Od zawsze marzył mi się wyjazd do USA. Od kiedy pamiętam chciałem zobaczyć zarówno te największe amerykańskie miasta, jak i tereny zamieszkiwane przez tak zwanych rednecków. I to właśnie to sprawiło, że pokochałem tą grę jeszcze zanim się ukazała… Potem było tylko lepiej…
Ubisoft odnalazł idealną proporcję w dynamice rozgrywki. Często natrafić można na tytuły pokroju Wolfenstein, gdzie protagonista biega tak szybko, jakby nie miał nóg a koła + silnik w tyłku. Z kolei, po przeciwnej stronie, trafiamy na produkcje pokroju Resident Evil 7, gdzie bohater zachowuje się, jakby miał tylko jedną nogę. Tutaj, „zastępca” (czyli gracz, którego pierwszy raz, w serii, w całości tworzymy sami), porusza się z idealną prędkością. Nie za szybko i nie za wolno. Co więcej: nie zabija to dynamiki. Gdy celujemy chodzimy wolniej, natomiast gdy biegamy cały świat się rozmazuje. To zdecydowanie było nadużywane przeze mnie to ślizg. Przy każdej jednej wymianie pocisków, każdy jeden bieg kończyłem wślizgiem. Jest to niezwykle efektowny zabieg dodatkowo pozwalający szybciej się ukryć, bądź szybko pokonać jakąś przeszkodę.
Jak już wspomniałem: sam świat jest przepiękny. Ameryka zawsze mnie fascynowała, więc fikcyjne hrabstwo Hope w wirtualnej Montanie zwiedziłem całe. Odnajdując przy okazji absolutnie wszystkie znajdźki, które, jak powszechnie wiadomo, Ubisoft uwielbia.
Po drodze napotykamy zarówno sprzymierzeńców jak i wrogów. W tej odsłonie musimy mierzyć się z religijną sektą – co dla człowieka wyznającego naukę było kolejnym świetnym smaczkiem. Boli tylko to, że Ubi jak zwykle boi się odsłonić karty i powiedzieć kim dokładnie ta sekta jest. Nawiązań do katolicyzmu jest tu masa, ale dalej: „poprawność polityczna”. Żeby przypadkiem kogoś nie urazić…
To co natomiast bardzo mnie bolało to rozwój postaci. Jest zrobiony absolutnie na siłę. Wiadomo – w poprzednich częściach np. „atak z przestworzy” trzeba było odblokować. Tutaj na szczęście jest już odblokowany, bo przecież ile razy można powtarzać to samo… Jednak z jakiegoś debilnego powodu, wymieniamy punkty doświadczenia na np. większą torbę… Nie wiem jak to dokładnie wygląda… Nasze doświadczenie materializuje się i magicznie zmienia w większy plecak albo nowe kieszonki? Nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić. System z poprzednich części był dobry – zdobądź materiały to uszyjesz nowy – ma to sens. Mam wrażenie, że tym razem twórcy nie mieli już pomysłów na nic nowego a „przecież punkty doświadczenia muszą być, żeby ludzie dłużej grali”… To nie jest jedyny problem. Oczywiście animacje mogłyby być lepsze. Fajnie, jakby szczegóły były takie jak w Far Cry’u 2. Tu i tam trafi się jakiś bug. Jednak ostatecznie, to wszystko są mało znaczące rzeczy przy tym, jak dobra i przyjemna gra to jest. Osobiście uważam tego Far Cry’a za najlepszą strzelanka w jaką kiedykolwiek grałem. Jednak mam świadomość, że bardzo tą produkcję idealizuję. Wiem, że nie każdemu może się podobać aż tak jak mi. Jednak uważam, że i tak jest warta zagrania, chyba, że ktoś naprawdę nie lubi redneckowych klimatów.
POLECAM