Get Off My Lawn!

Ostatnio sporą popularność zbierają gry niezależnych twórców, tak zwane: gry indie. Większość z nich możemy dostać, za niewielkie pieniądze, ale także często spotykamy produkty całkiem za darmo.

Jedną z takich gier jest właśnie, opisywane przeze mnie, Get Off My Lawn!. Więc jeśli macie chwilę i chcielibyście się odmóżdżyć, to na Steamie znajdziecie ją bez problemu. Jeśli jednak chcecie usłyszeć o tym parę słów, nim przystąpicie do ewentualnego przeszukiwania znanej platformy, to zapraszam do lektury.

Trzeba było zostać na statku

Gra zaczyna się jakże uroczą historyjką, w której starszy pan po usłyszeniu dzwonka do drzwi, wstaje powoli z kanapy i przemieszcza się po to, by przed wrotami jego małego zamku, zobaczyć niewielkiego, niebieskiego humanoidalnego stworka z prezentem. Jako, że ziemianie znani są ze swej agresywności i nienawiści dla wszystkiego co obce, nie muszę chyba wyjaśniać końca historii.

Tak więc dostajemy małą, zręcznościową grę akcji, czerpiącą lekko z systemu tower defence, w której musimy bronić swojego terenu przed „najeźdźcami” z kosmosu. Kontrofensywę (skoro już zabijamy któregoś z nich to nie ma się dziwić, czemu chcą nas porwać) prowadzimy na pięciu „kolumnach” – poruszamy się jedynie w poziomie, na odległość maksymalnie czterech pól od najbardziej skrajnej, włącznie.

Jedynym naszym zadaniem staje się odpieranie fal niemilców i zbieranie kul, które z nich wypadają. Mamy możliwość rozbudowania naszych fortyfikacji oraz ulepszenia broni, bądź kupna nowej. I to właśnie w tym momencie okazuje się, że jednak gra nie jest tak do końca darmowa, jak wydawało się z początku.

„Czy chcesz kupić shotgun dla 1000 kule?”

W granicach dziesiątej fali – gdy naprzeciw nam stają silniejsi przeciwnicy, nie jesteśmy w stanie zestrzelić wszystkich ufoludków i gra podpowiada nam, byśmy kupili nową broń. Jak się jednak szybko okazuje – pukawki oraz udoskonalenia domu możemy nabyć dzięki mikrotransakcji…

Można oczywiście zbierać kule i wymieniać je na ekwipunek, jednak zazwyczaj jednak kula jest równa jednemu przeciwnikowi, i czas zdobycia tylu kul wiąże się z utknięciem na spory kawałek czasu na tych samych falach.

Z drugiej strony jednak jedynym celem gry jest zabijanie przybyszów z kosmosu więc to czy zabijamy ich odpierając falę pierwszą czy 50 nie powinno robić różnicy. Jest jednak pewien niedosyt i złość na kolejną grę, która wykorzystuje system „płać, aby wygrać”. Gdy przeciwnicy stoją jedną kratkę od nas, fizycznie nie mamy możliwości zastrzelić ich wszystkich bez strat – chyba, że kupimy shotgun.

Co do wspomnianej strzelby i tutyłu widniejącego parę linijek wyżej: polskie tłumaczenie nie zachwyca. Przetłumaczony jest jedynie interfejs, ale efekty pracy przypominają dzieła google translatora. Albo specjalistów z Techlandu. Więc nie zachwyca, to bardzo łagodne określenie.

Wracaj skąd przybyłeś

Jeśli macie gruby portfel i chcecie porywalizować z przyjaciołmi to śmiało polecam pobrać, gdyż jest przecież „darmowa”. Jeśli macie za dużo czasu na wykładach i nie obchodzi was jak daleko dojdziecie, także śmiało można się w nią zaopatrzyć. Jeśli jednak zależy wam na grze, przy której można spędzić trochę czasu, to zdecydowanie odradzam. Są ciekawsze tytuły, które i tak będą tańsze, niż rzeczy, które jesteśmy zmuszeni kupować tutaj.

Decyzję, oraz odnośnik do Steama pozostawiam wam, a sam tymczasem opuszczam tę posiadłość.

NIE POLECAM

Rating: 5.0/10. From 1 vote.
Please wait...