Ghost of Tsushima

Na temat Ghost of Tsushima zostało już powiedziane bardzo dużo. Dostępna jest masa materiałów w czasopismach czy nawet na YouTubie. Zdecydowanie jedna z najpiękniejszych gier mijającej już generacji. Czerpiąca garściami z serii Assassins’Creed.

I nie będę ukrywał: myślę, że to właśnie ta inspiracja nie pozwala produkcji Sucker Punch stać się wybitną. Jasne: jeszcze dziś o Duchu Tsushimy (niby na polski przetłumaczono to jako Cuszima, ale wersja angielska zdecydowanie lepiej mi brzmi) mówi się sporo. Jednak przypuszczam, że tak jak i Asasyny szybko giną w odmętach czasu, tak to samo spotka opowieść o Jinu Sakai…

I jest to perspektywa naprawdę smutna, ponieważ historia ducha, jak i rodu Sakaiów oraz Shimura, jest naprawdę emocjonująca. Ale poza tym jest też bardzo emocjonalna. Końcówka aktu drugiego i praktycznie cały akt trzeci przesiedziałem jak na szpilkach. Epilog był niezwykle emocjonalny i po prostu wspaniały. Cała droga jaką musiał przejść Jin także została ukazana wręcz wyśmienicie. Bohater dojrzewał wraz z mechanikami, ale i też samym graczem. Utworzyła się wspaniała więź, dzięki której można było poczuć niesamowicie mocne przywiązanie do naprawdę rewelacyjne przedstawionego świata.

Powiedzieć, że gra cieszy oczy to jak nic nie powiedzieć. Cała Tsushima zaprojektowana i wykonana jest bosko. Kolorowo ale i mrocznie. Wyspa zmienia się razem z bohaterem. Tak jak Jin przeszedł drogę od purysty, przez wszystkie kolory szarości po kompletny radykalizm, tak sama wyspa częstowała nas słońcem, potem coraz częstszym deszczem i burzami.

Wszystko dopełnia gracz, który tak jak protagonista, z początku kierował się kodeksem i prawością, stopniowo pogrążając się w coraz mroczniejszych technikach. Można śmiało powiedzieć, że my, trzymający pada, także zmienialiśmy się razem z postępem opowieści.

I tym bardziej jest mi szkoda tego pierwiastka Ubisoftu, który musiał się tu wkraść… Gdybym miał teraz zakończyć recenzję wystawiłbym niekwestionowane 9/10… Jednak, jak już mówiłem: inspiracji z Asasyna jest tu mrowie….

Zacznijmy od olbrzymiego świata… Choć piękny, zaczyna być w końcu powtarzalny a w konsekwencji nudny. Jak i same misje. Absolutnie wszystkie misje poboczne czerpią z tego samego schematu. Idź tu i zabij kogoś. A jak nie zabij, to poszukaj, no i oczywiście zabij po drodze złodupców, których ZUPEŁNIE SIĘ NIE SPODZIEWAŁEŚ… Szczerze powiem, że gdy trafiła się misja, podczas której naprawdę nie musiałem nikogo zabijać, byłem w wielkim szoku. Ale przypominam sobie taką jedną. Przez całe 40 godzin…

I to jest największy problem. Naprawdę wspaniała historia i relacja gracz-protagonista rozmywa się przez dziesiątki godzin nijakości. Główny wątek można ukończyć w 8 godzin. Po co więc pozostałe 32 godziny? Ano po to, że po prostu masz graczu zamknąć ryj i grindować, bo inaczej w ostatnich etapach każdy trep rozwali cię na hita….

A system walki zrobiony jest rewelacyjnie. Dobieramy poszczególne postawy do rodzajów przeciwników – więc wymagane jest od nas ciut więcej niż tylko wciskanie przycisków. I to dobrze! Dzięki temu zwiększa się immersja i zaangażowanie. Problem jest tu, że pomimo, iż teoretycznie nie ma poziomów, to i tak przeciwnicy z czasem jakby “wbijali levele”. Zadają dużo większe obrażenia i wiem, że gdybym nie zrobił miliona pobocznych aktywności i gdybym nie odkrył jeszcze większej ilości znaków zapytania, to zwyczajnie nie dałbym rady przejść gry. Walka może i opiera się na skillu, ale niestety nie mam go aż tyle, by tak jak niektórzy przejść Dark Souls na perkusji do Guitar Hero.

Gra zwyczajnie wymaga od nas poświęcenia nieprzyzwoicie dużej ilości czasu. I nie pomaga tutaj sposób przedstawienia jakiejkolwiek misji. Jasne – jest niespiesznie i wszystko toczy się we własnym tempie… Z tym, że na początku wolne tempo było ok, bo pozwalało się oswoić… Z czasem każda rozmowa z wieśniakami, której nie da się przewinąć, zwyczajnie męczyła… Każdy tytuł misji wyświetlany na środku ekranu, też mógłby znikać szybciej. Ale nie… Graj dłużej.

No i bardzo chciałem o tym nie pisać, ale muszę… Bugi. Akt trzeci, to po prostu festiwal bugów. Nie wiem czemu nie został on dopracowany, ale przenikanie przez skały, czy wieczne spadanie/wiszenie nad trawą trafiają się zdecydowanie za często i zbyt mocno dają się we znaki. Często i gęsto postać stwierdzała, że “a jednak nie wykona tego parowania”, bo… Nie? Tak o… Naciskam przycisk i nic. Milion razy było ok, ale w akcie trzecim nagle Jin stwierdził, że “a, walić to”…

Mamy tu więc zderzenie dwóch światów… Jednego bardzo ambitnego i drugiego bardziej biznesowego. Z jednej strony twórcy mieli pomysł i wizję, z drugiej “ej! Przecież Ubisoft robi kupę hajsu na asasynach, więc trzeba naszą grę zrobić tak samo”. To boli. Naprawdę.

Ghost of Tsushima jest produkcją wyjątkową… Która ginie w morzu nijakości, bugów i źle zaprojektowanego skradania. Jest to zdecydowanie jeden z najbardziej zmarnowanych potencjałów. Jeden z tych przypadków, gdzie “liczy się wnętrze”… Bo gra 4/10 skrywa w sobie historię 9/10. I naprawdę boję się tego, że tak jak nikt już nie pamięta poprzednich niż tegorocznych asasynów, tak nikt nie zapamięta opowieści Ducha.

POLECAM

Rating: 6.0/10. From 1 vote.
Please wait...