Nie będę się z tym ukrywał i powiem prosto z mostu: uważam, że Heroes IV to najlepsza z odsłon serii Magii i Miecza. Wiem: nie jest to najbardziej popularna opinia… Mam tego świadomość i zdążyłem się przyzwyczaić do tych wszystkich dziwnych spojrzeń, raczących mnie zaraz po wypowiedzeniu tego zdania.
Jednak, trójka jest bardziej wyryta w pamięci graczy, nie ze względu na świetne rozwiązania, ale raczej ze względu na nostalgię. Tak samo jak np. Gothic: jest to produkcja, która trafiła do graczy w całej Polsce, kiedy nie było takiej konkurencji i przez to zadziałała zasada “jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. Dodatkowo, w przypadku Herosów, zachwyciła jakość wykonania, a dziś przypominają się “stare dobre czasy”, więc III MUSI być najlepszą z części.
Ja jednak staram się zawsze podchodzić do tematu bardziej obiektywnie. Jasne: nie zawsze się da. Samą ideą recenzji jest przecież przekazanie opinii i doznań płynących z rozgrywki a nie parametrów technicznych – od tych jest wydawca bądź producent.
Idąc w kierunku sedna: kiedy, jeszcze w trakcie przechodzenia Herosów VI, stwierdziłem, że fajnie będzie sobie przypomnieć IV i V, nie spodziewałem się, że czwarta odsłona dalej będzie tak dobra, jak wtedy, kiedy sięgnąłem po nią pierwszy raz.
Przede wszystkim, to czego nie było w części trzeciej: karawany. Jest to jeden z najlepszych mechanizmów, jaki można było do serii dodać. I jest on zrobiony świetnie. Dzięki temu mogę planować i lepiej zarządzać swoimi wojskami.
Kolejna sprawa: bohaterowie. W prequelu, dobry bohater to połowa armii. Wystarczyło mieć dobrego maga i można było zabijać najpotężniejsze istoty z, na dobrą sprawę, nawet jedną, najsłabszą jednostką przy sobie. Jednak: kiedy popatrzymy na realia historyczne, czy pola bitny ogólnie: dowódca zawsze mógł zginąć. I, już wtedy, 3DO dokładnie o tym wiedziało. Naturalną konsekwencją było więc pozwolenie herosowi na walkę ramię w ramię ze swoimi wojownikami.
Co więcej: dawało to dodatkowe możliwości podczas walki! Tak długo, jak bohater żył, cała armia była silniejsza. Ale zabij go! I nagle, pozornie przegrana bitwa, całkowicie zmienia swe oblicze! Sama walka jest przez to zdecydowanie ciekawsza.
Mówicie co chcecie, ale 3D jest dziś standardem. Nikogo to nie dziwi. Czemu więc tak bardzo dostało się za to twórcom wtedy? Wizjonerskie podejście, podwaliny pod system flankowania czy ukrywania się za obiektami zostało przez fanów zjedzone i wyszydzone. Pamiętam jaka złość wylewała się z graczy w tamtych czasach. Nieuzasadniona, bo dziś widać, że było to wizjonerskie podejście.
Bardzo podobało mi się też to, że jednostki same z siebie mogły przemieszczać się po mapie. Bo tak przecież jest. Nie każda ofensywa musi być wspierana przez generała. A możliwość swobodnego przemieszczania się wojowników, daje więcej opcji taktycznych.
Jeżeli miałbym wymienić jakieś złe rzeczy, to naprawdę musiałbym się zastanowić… i w dodatku wymieniłbym takie mechanizmy, które i tak złe nie są… Bo nowe jednostki nieregularnie co tydzień czy konieczność wybory między dwoma budynkami podczas rozbudowy miasta nie do końca uznaję za minusy.
Wszystkie budowle powodujące przyrost jednostek, to przecież nie fabryki, gdzie nasze ludziki są składane. Ale ok: można by przyjąć, że dla uproszczenia oraz jakiejś konsekwencji, byłoby lepiej, gdyby z początkiem każdego tygodnia przybywało nam wojska – wtedy i tylko wtedy. Jeżeli chodzi zaś o sam wybór istot do zwerbowania: lubiłem to. Lubię, kiedy jest szeroki wachlarz możliwości. Ale lubię tez, kiedy mogę sobie wszystko wybrać tak, by pasowało do mojej strategii. W życiu nie można mieć wszystkiego. A więc i tutaj trzeba podjąć jakąś decyzję, w oparciu o przygotowany wcześniej plan.
No i nie mogę też nie wspomnieć świetnych, wciągających scenariuszy. Swoją drogą: to właśnie tutaj spotkałem bohaterów, których imiona pamiętam po dziś dzień. Żadnej innej części Herosów nie udało się wryć na tyle w moją pamięć. Tak samo jak muzyce. Kiedy, po naprawdę wieloletniej przerwie znów usłyszałem soundtrack… Czułem się niesamowicie! Muzyka z V’ki była cudowna, ale IV bije ją na głowę pod każdym względem. Pamiętam, jak mój ojciec przypadkiem usłyszał motyw Ładu i zapytał się co to za “przepiękna muzyka”. Scena skończyła się tak, że chciał bym mu zgrał cały OST.
W dalszym ciągu jestem więc przekonany, że to właśnie czwarta odsłona najlepszą z serii jest. I nie mówię tego “bo nostalgia”. Dziś jak i x lat temu grało mi się równie dobrze i angażująco. I szkoda mi jest tylko tego co stało się ze studiem po tak nieuzasadnionym hejcie spowodowanym ślepym przywiązaniem do przyzwyczajeń i “starych lepszych czasów”.
POLECAM