Bardzo wiele słyszałem o Podróży. Wiele osób opisywało ją jako grę doskonałą, pozwalającą zajrzeć w głąb siebie. Nie będę ukrywał – słyszane przez lata pochlebstwa wyryły się gdzieś z tyłu mojej głowy, dając Journey naklejkę „gry, którą trzeba przejść”.
Teraz, gdy już przebyłem całą drogę i poznałem historię, muszę powiedzieć… Jestem rozczarowany. Ale tak lekko. Czy jest to tytuł bardzo dobry – bez dwóch zdań. Czy zmieni on moje postrzegania świata – niewątpliwie: nie.
Rozumiem, czemu może się podobać. Sam podczas całej przygody byłem bardzo zaangażowany i wciągnięty. A przepiękne widoczki dosłownie mnie zaczarowały. Jednak: nie jest to gra, która sprawiła, że inaczej zacząłem patrzeć się na siebie, świat czy nawet inne gry ogólnie.
Podróż jest zwyczajnie fantastyczną historią drogi. Przypomina nam, że czasem to właśnie napotkane nas wydarzenia są ważniejsze od samego początku czy końca wyprawy. Nie, żeby zakończenie było złe! Po prostu najpiękniejsza jest sama wyprawa w sobie.
Nie wiem też jak wygląda sprawa z „graniem przez sieć”. Słyszałem, iż na swojej drodze możemy napotkać innych graczy. I gdy napotkałem inny byt – byłem zaskoczony i zadowolony. Było to naprawdę niezwykłe doświadczenie. Dwóch samotnych ludzi idących przed siebie w ciszy. Jednak: w późniejszym etapie osobnik ten gdzieś się rozpłynął, a pod koniec gry zobaczyłem na ścianie rycinę(?)/płaskorzeźbę(?), z dorysowanym właśnie „towarzyszem”, w dokładnie tym miejscu, w którym na niego natrafiłem. Co więcej: przechodząc grę ponownie – spotkałem go w dokładnie tym samym miejscu. Może to czysty przypadek a może nie. Ale jak dla mnie, na chwilę obecną, cała ta akcja z „innymi graczami” wygląda na lekko zmyśloną, by urozmaicić podróż.
Ale to nic złego. Nie zmieniło to moich odczuć i ostatecznej oceny produkcji. Wystarczy choćby fakt, że miałem ochotę przejść całość raz jeszcze. Jednak wiem, że tyle mi starczy i przesypie się wiele piasku, niż ponownie do Journey wrócę.
POLECAM