Gdy grałem w Life is Strange byłem zachwycony. Nareszcie jakaś gra, która nie opowiada o ratowaniu świata a pozwala być zwyczajnie młodą dziewczyną, którą spotykają zwyczajne rzeczy. Była to poruszająca i urocza historia, którą dobrze wspominam pomimo upływu lat, a samą Max uważam, za jedną z najlepiej wykreowanych postaci kobiecych w grach. Zarówno ona, jak i jej przyjaciółka Chloe, były bardzo autentyczne, wiarygodne i nie robiono z nich na siłę feministycznych filarów.
Udostępniony jakiś czas później, za darmo, spin-off The Awesome Adventures of Captain Spirit, także bardzo mnie urzekł. Opowiadał o ciężkiej sytuacji, jednak przy okazji nie był pretensjonalny. Całość widzieliśmy oczami małego chłopca i pomimo przykrych scen i tak wszystko podawane było kolorowo. Lubię to, ponieważ wiem, że wybierając taką formę, twórcy chcą mi pokazać coś ciekawego a nie zmusić do myślenia tak jak oni bo to „jedyna słuszna droga myślenia”.
Czemu w takim wypadku Before the Storm nie jest zrobione dokładnie tak samo? Czemu na siłę ktoś chciał poprawiać rzeczy, które były zrobione dobrze? Odpowiedź jest prosta: zmiana studia. DONTNOD było zajęte tworzeniem sequela głównej opowieści, więc Square-Enix znów popisało się świetną decyzją i wynajęło inne studio do wykonania prequela znanej już historii.
Niestety, ale w mojej opinii, Deck Nine kompletnie nie udźwignęło tego ciężaru. Tym razem wcielamy się w pozbawioną super mocy Chloe Price i poznajemy historię przyjaźni z Rachel, o której tyle się mówiło, w głównej produkcji.
Zaczynając grę byłem pełen ekscytacji. Oczekiwałem powtórki lub przynajmniej czegoś w połowie tak dobrego jak LiS. Tymczasem już po paru minutach gry, okazało się, że postać tak barwna i ciekawa, jak panna Price, zostaje tu przedstawiona, jako pretensjonalna smarkula. Cała jej wewnętrzna siła, zostaje obrócona w użalanie się i narzekanie małolaty. Natomiast jej „mocą”… jest pyskowanie. Tak dosłownie. Gadanie bezsensownych głupot. Zadaniem gracza jest wybrać taką linię dialogową, żeby niektóre słowa pokrywały się z tym co wypowiedział nasz przeciwnik. Mamy zbudować „kontekst”. Ostatecznie jednak, każda wymiana „argumentów” jest wręcz absurdalna. Tego typu tekstami posługiwałem się w szkole podstawowej i myślałem wtedy, że jestem taki super i „cool”. Z jakiegoś powodu, każda jednak postać w grze odbiera tego typu tekściki, jako przejaw siły i panowania nad sytuacją. Każdy jeden dorosły nam ustępuje… Całość jest zwyczajnie komiczna a sama bohaterka raczej staje się pośmiewiskiem, niż silną personą, jak w produkcji DONTNOD.
Niestety, lepiej nie jest z samą historią. Ok. Nie oczekiwałem poziomu przygód jak u Max. Jednak nie spodziewałem się, że będzie tak źle. Trzeci epizod, który teoretycznie powinien być najciekawszym, bo ma za zadanie połączyć wątki i zwieńczyć historię, był tak nudny, że zwyczajnie przeglądałem memy na telefonie w trakcie rozmów, których nie sposób pominąć. Kiedy były momenty, gdzie zaczynało się robić ciekawie, twórcy, z jakiegoś powodu woleli zwolnić i zejść na bezpieczniejsze tory… Czemu? Nie wiem…
A bezpiecznie jest do tego stopnia, że zadbano, by nikt nie poczuł się odrzucony… W produkcji DONTNOD jasno można było odczytać, że przyjaciółki może nie do końca są dla siebie tylko przyjaciółkami. I to było fajne… Bardzo subtelnie wplecione zainteresowanie własną płcią i nienachalny, nawet do końca niepotwierdzony wątek homoseksualny. Deck Nine jednak otwarcie postawiło na poprawność polityczną bez brania jeńców! Homoseksualizm w przygodzie głównej bohaterki? Nah… To za mało… Dodajmy jeszcze więcej homoseksualistów. Np. w parku! Albo niech jedna z postaci, z którą wchodzimy w interakcję też będzie homoseksualistą!
I nie zrozumcie mnie źle: nie mam nic do gejów czy lesbijek. Chodzi mi o to, że osobiście znam tylko jedną taką osobę. Poza grami komputerowymi jestem też muzykiem. Jeżdżę po świecie, gram koncerty, spotykam ludzi. Mimo to, powtarzam: znam tylko jednego homoseksualistę! Grając w Before the Storm mam wrażenie, że na świecie jest tylko jeden heteroseksualista! Ok. Trochę przesadzam. Przecież w trakcie przygody natrafiamy też na innych. Tu rodzice… Tam jakaś para… O! I tutaj też robi się ciekawie…
Wracamy do poprawności politycznej! Para w parku (pomijając gejów): prawdopodobnie hindus i kobieta o ciemniejszej karnacji. Jeden z mądrych kolegów Chloe – Afroamerykanin, tak jak i jego bardzo wysportowany i utalentowany brat. Ich mądra koleżanka – lesbijka. Ok. Druga strona medalu. Dealer narkotykowy – biały facet. Szowinistyczny facet matki – biały. Bandyci w barze – biali. „Główny zły” – biały… Jak dla mnie to tu jest ewidentnie coś nie tak… Szczerze mówiąc, nie mogę sobie przypomnieć ani jednej pozytywnej białoskórej postaci, poza martwym ojcem. To jest dyskryminacja. Autentycznie mam wrażenie, że w oczach twórców, każdy białoskóry człowiek jest przestępcą. A może, żeby świat był lepszy, to sam powinienem iść w tej właśnie chwili na policję i poprosić o przyjęcie do więzienia? Od tak… Bo przecież jestem biały więc muszę być zły…
Strasznie mi się to nie podoba. To jak Deck Nine podchodzi do ludzi. Ich produkcja dosłownie uczy braku szacunku i empatii do innych osób. Zachęca do pyskowania a nie wymiany argumentów. Uczy ludzi krzyczeć a nie dyskutować. Pokazuje jak być pretensjonalnym a nie wyrozumiałym. Znam ludzi, z różnych zakątków świata… Znam osoby o czarnej karnacji, które oddadzą wszystko by pomóc innym i także takie osoby, które wszystko zabiorą by mieć dla siebie. Znam osoby o białej karnacji, które pomagają ludziom a także znam takie osoby, którymi się brzydzę. Gram koncerty charytatywne, wiele lat honorowo oddawałem krew a także byłem dawcą szpiku, adoptowałem dwa koty i raz na jakiś czas wspieram schroniska dla zwierząt ale jestem biały. Czy to znaczy, że jestem złym człowiekiem? Czemu w takim wypadku w oczach Deck Nine jestem?
Uważam, że kolor skóry, wiara, pochodzenie czy seksualizm nie definiują tego czy jesteśmy dobrymi czy złymi ludźmi. Uważam te wszystkie rzeczy za nieistotne. Moim zdaniem to, czy jesteśmy dobrzy czy źli można poznać po naszych czynach i tylko z nich powinniśmy być rozliczani. Dlatego tak bardzo boli mnie „poprawność polityczna”, która jest w dzisiejszych czasach wpychana dosłownie wszędzie. Bo ona też dyskryminuje. I jednocześnie uniewinnia winnych. To poprawność polityczna właśnie pogłębia rasizm i dyskryminacje, bo pokazuje, uwidacznia te wszystkie różnice, które tak naprawdę nie mają znaczenia. Te różnice nie zmieniają naszej osobowości. Dlatego też uważam, że potworki typu Before the Storm powinny zwyczajnie nie istnieć. Tego typu produkcje zachęcają do okazywania braku szacunku innym. To jest tytuł, który naprawdę dyskryminuje.
NIE POLECAM