Niestety, ale tak jakoś jest, że przy każdej styczności z nową technologią, nie jest się w stanie uciec od niej i skupić tylko na grze. Tak było i w tym przypadku. Jest to mój pierwszy raz z Nintendo Switch’em w dłoniach i tak jakoś się trafiło, że to właśnie Luigi’s Mansion 3, jest pierwszą produkcją jaką ograłem. Postaram się jak najzwięźlej opisać samą konsolę, żeby potem nie wracać do tego tematu.
NS jest ciut za duże, żeby bardzo wygodnie grać w formie przenośnej i ciut za małe, żeby nacieszyć się grafiką. Sterowanie jest okropne. Analogi rozmieszczone są w takich miejscach, że wciskając przyciski, prawa gałka zwyczajnie przeszkadza. Niewygodnie się też zmienia kamerę, jeżeli wcześniej klikaliśmy buttony.
Triggery nie są analogowe. Działają tylko na zasadzie 1-0, czyli wciśnięty bądź nie. Muszę dodać też to, że są po prostu malutkie. Tak przyciski, gałki, jak i wspomniane spusty. Sama konsola jest natomiast bardzo ciężka jak na takie rozmiary. Do plusów idzie zaliczyć “kartridże”, które zajmują mało miejscca i są bardzo szybkie. No i nie trzeba aktualizować “teraz” gry, tylko możemy zrobić to później. Jednak, co jest absolutnie #najgorzej, że wszystkie konsole ustandaryzowały poruszanie się po menu itd. Poza produktem Nintendo właśnie. I tak: jest to bardzo upierdliwe… Bo wyobrażacie sobie zatwierdzać wybór klawiszem “kółko” bądź “B”? No właśnie… To nie jest normalne…
Ok. Mam nadzieję, że to tyle na temat Switch’a. Przechodząc do samej gry: no nie jest dobrze. Wiele razy, przyglądając się produkcjom ekskluzywnym na tę konsolę, miałem wrażenie, że są tak wychwalane tylko dlatego, że “skoro wydałem duże pieniądze, to po prostu musi mi się podobać”. Iiiiii… Dokładnie tak jest.
Luigi’s Mansion jest nudne, powtarzalne, mało pomysłowe i wcale nie takie piękne pod względem graficznym. Całość ogranicza się do tego, że trafiamy do wielkiego hotelu, nasi przyjaciele zostają zmienieni w obrazy, a my musimy ich uratować.
Dostajemy specjalny odkurzacz, a’la “Pogromcy Duchów” i po prostu walczymy z napotkanymi zjawami. Tu muszę przyznać, że jest całkiem ciekawie. Pierwszych 30 razy. Każde widmo trzeba najpierw ogłuszyć a potem rozpocząć wciąganie, które polega na ciągnięciu gałki w przeciwną stronę, niż ucieka duch i następnie mashowanie przycisku “A”. I… To tyle… Z czasem dostajemy jeszcze jakieś pierdółki, typu strzelanie przepychaczem itp… Jednak, to wszystko bardzo szybko nudzi.
Okropne jest też to, że przez większość czasu nie wiadomo co robić. Nie ma tu znacznika, a sama gra tłumaczy bardzo źle następne cele. Często i gęsto błądziłem po korytarzach, bo zwyczajnie nie wiedziałem co dalej. Tak jakby twórcy wiedzieli, że treści jest bardzo niewiele, więc, tropem Ubisoftu, trzeba wszystko tak rozdmuchać, by zajęło graczowi jak najwięcej czasu, kosztem frajdy.
Technicznie: nie zacięło mi się ani razu nawet na momencik, nawet w formie przenośnej. Optymalizacja jest więc na poziomie a ekrany ładowania są sprytnie ukryte – w postaci jazdy windą. Grafika też jest całkiem spoko. Rysunkowo, ale ładnie. Nie oczekiwałem zbyt wiele z tytułu w uniwersum Mario. Nie ma natomiast voice actingu. Postacie coś tam sobie bełkoczą a mnie tylko coraz mniej wszystko obchodziło. Cieszy za to przywiązanie do szczegółów. Prawie wszystko można przewrócić, przesunąć czy wciągnąć do naszego urządzenia na plecach. Fajne – ale nie rekompensuje słabej grywalności.
Potwierdziło się natomiast to co myślałem zanim dane mi było grać, a dane mi było czytać o grach na najnowszą konsolę Nintendo. Gier ekskluzywnych na NS zwyczajnie nie ma. Jest to produkt kupowany albo z nostalgii, bo przecież “kiedy grałem w Super Mario Bros. To świat był lepszy”… Albo z braku świadomości. Gry są słabe i tak jak w przypadku komputerów Appla, które kosztują tyle co Tesla, a mają mniejszą wydajność, niż pierwsze PS4, działa syndrom “kupiłem, więc musi mi się podobać i będę sobie wmawiał, że jest najlepsze na świecie, byle tylko uciszyć sumienie”. Luigi’s Mansion 3 nie jest złą grą. Ale na pewno nie zasługuje na oceny pokroju 8-10, jakie dają mu recenzenci.
POLECAM