Światło od zawsze było przez człowieka kojarzone z ciepłem i bezpieczeństwem. Tak już po prostu mamy. Od tysięcy lat istnienia człowieka, światło zawsze pozwalało nam działać bez nieustannego poczucia zagrożenia. I w efekcie cały nasz gatunek przetrwał do dziś.
Po tej drugiej stronie jest oczywiście ciemność. I co ciekawe: to właśnie ciemność jest stanem naturalnym dla wszechświata. To powstanie światła wymaga jakiejś akcji i reakcji. Energii. Ciemność po prostu jest i otacza wszystko co nie może choćby się błyszczeć. I ta “konsumpcja” wszystkiego jest przerażająca. To właśnie dlatego ciemność tak odstrasza. Pozwala działać naszej wyobraźni i uwalnia w niej nasze najskrytsze lęki. Po prostu boimy się tego czego nie widzimy bądź czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Boimy się nieznanego.
I właśnie ten dualizm – światło i ciemność, dobro i zło – został użyty przez twórców, do stworzenia bardzo przyjemnej gry logicznej. Cały świat skąpany jest w ciemności a nas przywraca do życia latająca istota, która jest jednym z nielicznych obiektów tworzących światłość. Naszym zadaniem jest ochrona jej, po zmianie w kulę, i dostarczenie w miejsce, w którym ta chce być. Należy przy tym uważać na każdy najmniejszy cień.
Nawet swojego partnera. Bo nie jest ważne, czy gramy w co-op’ie czy sami – jest dwójka bohaterów, którzy muszą połączyć siły by wypełnić cel. I niestety, o tym, że nasz własny cień może nas zabić, zapomina się częściej, niż by się chciało.
Ostatecznie Morkredd jest dosyć krótki a poziom trudności zależy od umiejętności własnych bądź naszych i partnera. Przy czym warto dodać, że produkcja wydaje się wręcz stworzona do co-op’a. Warto dać jej szansę – przejście całości zajmuje około 2 godzin, więc nie jest to strasznie długo. Na dodatek gra jest w GamePassie, więc nie musimy płacić absurdalnie wysokiej ceny (w dniu pisania recenzji jest to 71,99 zł!).
POLECAM