Prey

Nie mam szczęścia do produkcji Arkane studio. Mniejsze tytuły nigdy mnie nie interesowały. Dark Messiah niestety był tylko niedoścignionym marzeniem podziwianym jedynie ze zdjęć w czasopismach. Seria Dishonored natomiast, pomimo, iż bardzo ją doceniam, odstraszyła mnie ograniczeniami. Najbardziej za złe miałem jej to, że na siłę ograniczają nasze możliwości i zabierają dynamikę, wprowadzając system nieodnawialnej automatycznie, szybko “uciekającej” many. 

I tak jak w przypadku wspomnianych wyżej tytułów, tak i Prey przyciągnął mnie bardzo ciekawą (w założeniach), fabułą. Ale mądrzejszy po ukończeniu historii Dunwall, wiedziałem, że znów mogę spotkać się z jakimiś głupimi rozwiązaniami. I moje obawy się potwierdziły. 

Odkryto nowe życie w kosmosie. Nazwano je mimikami i oczywiście, jak to w ludzkim zwyczaju, bada się je. A głównie możliwości zmiany w np. Kubek. Profity z tego płynące byłyby dla ludzi niepoliczalne. Jednak, jak to często bywa: na stacji, na której prowadzone są badania, nie wszystko idzie zgodnie z planem. ŁAŁ! Uwielbiam takie klimaty. To mnie kupiło! Jednak, jak wspominałem, w tyle głowy miałem “Arkane”. 

Więcm kolejny raz mamy całą masę możliwości, które są nam odbierane. Ok: możemy inwestować we wszystkie fajne umiejki ale wtedy systemy obronne zaczną postrzegać nas jako przeciwników. No i kolejny raz: inwestować musimy znajdźki. Kolejny raz mamy system polegający na szukaniu głupot, tylko po to by można było w ogóle grę ukończyć. O zobacz: stolik blokuje przejście. Odsunę go. A nie… Nie mam siły na 3 poziomie… 

Ale mniejsza o matrwe elementy otoczenia. Częściej trafia się przeciwnik, który w danym momencie jest kompletnym OP. A, że ci są porozrzucani losowo po całej stacji kosmicznej, to akurat pech chciał, że super mimik fantom Mariusz Pudzian wyrąbany w kosmos kazak stoi przy drzwiach niezbędnych do ukończenia fabuły. Ba! Do dobrego jej rozpoczęcia! 

Ale pokonanie takiego jeszcze nie denerwowało mnie najbardziej. Wystarczyło się odpowiedni przygotować, potem przez 30 minut atakować i uciekać (tak, to jak grind) i wróg padał. Jednak, to co najbardziej mnie denerwowało, to fakt respienia się przeciwników. Jestem w laboratorium. Blokuję drzwi. Nie ma żadnych innych wyjść, poza tym zapieczętowanym i włazem prowadzącym w kosmiczną pustkę. Wychodzę na 0,000001 sekundy. Wracam – cała lokacja zapełniona przeciwnikami. Taaak… Po co więc te wszystkie systemy blokad przejść? W Dishonored jak wszystkich zabiłem, to przynajmniej pozostawali martwi. 

Uwielbiam gry, filmy, seriale czy książki osadzone w kosmosie. Jestem po prostu fanem sc-fi. Dlatego tak bardzo boli mnie to co się tutaj wyprawia. Niekonsekwencja. Szukanie znajdziek by w ogóle grę ukończyć. A na dodatek… eh… Nuda… Trailery i opis obiecywały przygodę. A dostałem to co zawsze, gdy coś jest generowane. Czyli shit. Lokacje bywają przepiękne. W pustce kosmicznej lata się przewybornie. Ale zachowania i umiejscowienia mimików są całkowicie (a przynajmniej takie odnoszę wrażenie) losowe. Często, tak jak wspominałem na przykładzie super mimika, bezsensowne w danym etapie rozwoju. Przez pierwszych 30 minut bawiłem się dobrze. Potem zacząłem się nudzić i męczyć z czymś, co na tym etapie powinno być jeszcze w miarę proste. 

Kiedy patrzę się w przeszłość – na moje relacje z grami Arkane – cieszę się, że Dark Messiash’a wspominam dobrze i wiem, że pod żadnym pozorem nie mogę po niego sięgnąć, bo wtedy czar pryśnie. Jak już pisałem przy okazji recenzji Dishonored 2: do Dunwall nie wrócę. I wiem, że na wszystkie stacje kosmiczne czy cokolwiek tam sobie Arkane nie wymyśli – też już stopy nie postawię, a może bardziej: myszką nie kliknę. 

NIE POLECAM

Rating: 5.0/10. From 1 vote.
Please wait...