Resident Evil VII: Biohazard

Jeżeli ktokolwiek zapytałby mnie, jak gier nie robić, to pokazałbym mu Resident Evil VII i powiedział: „właśnie tak”.

Byłby to też rewelacyjny przykład, jak do miernoty zrobić świetną reklamę. Niestety nastawiałem się na ten tytuł niesamowicie. Jestem fanem horrorów i wiele oczekiwałem od produkcji, która cieszyła się takim hypem. Niestety, ale brakuje mi słów, by opisać, jak bardzo się zawiodłem.

Założenia są świetne. Nasza żona zaginęła. Dostajemy od niej nagranie. Jedziemy ją uratować do, z pozoru, opuszczonego miejsca. Szybko okazuje się, że miejsce wcale opuszczone nie jest, a także, że skrywa wiele tajemnic…

Ok… Widok z oczu. Chowanie się. Uciekanie. Wrażenie zaszczucia. No super… W teorii… Bo wykonanie jest tragiczne. I nie mówię teraz o grafice czy udźwiękowieniu. Warstwa techniczna jest na naprawdę wysokim poziomie aczkolwiek ma swoje problemy. Z początku miałem problem, by ustawić grafikę tak by było ładnie, ale ostatecznie się udało i okazało się, że dom Bakerów jest przepiękny i bardzo klimatyczny. Leży natomiast optymalizacja. Lokacje ładują się dopiero po wejściu do nich. Przez co nie raz i nie dwa gra przycinała akurat kiedy otwierałem drzwi.

To co zostało naprawdę zrobione źle to gameplay. Nasz bohater po pierwsze rusza się zdecydowanie za wolno. Nie jestem pewny, ale gdyby to moje życie wisiało na włosku, to zasuwałbym ile tylko sił mam w nogach. Z kolei Ethan porusza się, jakby właśnie spacerował sobie z żoną po parku w słoneczny dzionek. Super… Mam wrażenie, że twórcy nie mieli pomysłu na zrobienie klimatu, więc specjalnie spowolnili bohatera do tego stopnia, że jakby chodził jeszcze ciut wolniej to przekroczyłby to już dużo granice komfortowej gry pomimo, że już teraz fajnie nie jest.

Po drugie: niestety, ale nie lepiej jest ze strzelaniem. Wręcz, powiedziałbym, że jest to najsłabszy element gry. Przeciwnicy umierają tylko od strzałów w głowę. To znaczy: nie dosłownie tylko – można ich zabić klasycznie, czyli faszerując kulami, jednak tych jest w grze jak na lekarstwo. Niestety niemilcy ruszają się dosyć szybko i chaotycznie więc trzeba wyczekiwać momentu, kiedy są dosłownie nieruchomo, bo jak spudłujesz to masz problem. Amunicji, jak wspomniałem, praktycznie tu nie ma. Przemknąć się nie da. Korytarze są wąskie a jak odciągniemy potwora na odpowiednią odległość, to rozpływa się i materializuje znów w miejscu, w którym go znaleźliśmy. Samo przeładowanie natomiast to jest dopiero historia. Naprawdę. Mógłbym opowiedzieć jakąś historię w tym czasie, kiedy Ethan zmienia magazynek. Albo zaparzyć herbatę. Właśnie tyle czasu trzeba na przeładowanie. Moja babcia szybciej wchodzi po schodach z zakupami niż protagonista przeładowuje broń.

Ok. Ale te potwory przynajmniej można zabić. Cała reszta przeciwników jest nieśmiertelna. Tak dosłownie. Można do rodziny Bakerów strzelać, atakować ich nożem i nic. Zginą w specjalnie oskryptowanych miejscach i nigdzie indziej. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że przecież cały czas za tobą chodzą i teoretycznie powinieneś w teorii mieć możliwość pokonania ich. Nawet Obcego w Alien: Isolation dało się zabić… Ok… Nie twierdzę, że było to łatwe… Ale możliwe. A nawet jak nie zabić, to przepędzić za pomocą miotacza ognia. Tutaj takiej opcji zwyczajnie nie ma (wyjątek – pani Baker). Masz grać tak jak sobie to wymyślił jakiś gość i na jego bezsensownych zasadach… Bo tak.

Jest więc wolno, nudno i bezsensownie. To wszystko przekłada się oczywiście na częste umieranie. Co bezpośrednio prowadzi do nieszanowania życia naszego bohatera. W takim wypadku: jaki z tego jest horror, skoro całkowicie obojętne mi jest czy umrę czy nie?

No właśnie. Słaby. Resident Evil VII to słaby horror i słaba gra ogólnie. Żałuję każdej minuty, którą poświęciłem na tą produkcję. Mogłem robić w tym czasie tyle ciekawszych rzeczy, jak np. obieranie ziemniaków. Wtedy przynajmniej nie czułbym, że jest to czas stracony.

NIE POLECAM

Rating: 4.0/10. From 1 vote.
Please wait...