Kijek prawdy był pierwszą grą z gatunku RPG, w którą naprawdę przyjemnie mi się grało. Nie miałem uczucia marnowanego czasu. Każda kolejna scena była zabawniejsza od poprzedniej. A i sam gameplay dawał wiele radości.
Nie powinno dziwić więc, że na kontynuację czekałem jak na szpilkach. Z zapartym tchem śledziłem wszystkie pojawiające się newsy. No i gdy wreszcie gra trafiła do sklepu, zwyczajnie musiałem ją mieć. No cóż… Od tamtego momentu upłynęło sporo wody, jednak zupełnie nie mogłem zebrać się do tego tekstu wcześniej.
A to dlatego, że… Po prostu się zawiodłem… Niby tematyka odpowiada mi dużo bardziej niż w poprzedniczce… Nigdy nie byłem fanem Władcy Pierścieni, na których przecież Kijek był inspirowany. Za to uwielbiam wszelkie tematy związane z super bohaterami.
Jednakoż… Przez całą grę miałem uczucie deja vu. Tak jak w prequelu, chodzimy sobie od domku do domu, zbieramy rzeczy i toczymy walki. Co w sumie nie jest złe. Bardzo dobrze bawiłem się ostatnio więc nie będę na siłę mówił, że trzeba zmieniać coś co jest dobre. Jednak: mam wrażenie, że świat został bardzo mocno okrojony. Poprzedniczka oferowała nam wyprawy w kosmos czy do genialnej Kanady. Tutaj praktycznie nie opuszczamy miasteczka. Jest za to parę nowych lokacji i to, pomimo że fabularnie, Fractured dzieje się zaraz po zakończeniu Stick of Truth.
Do elementów całkowicie przemodelowanych zdecydowanie należy zaliczyć system walki. Jest bardziej taktycznie, przez co trzeba czasem ruszyć głową. Niestety, z biegiem gry i przybywającymi umiejętnościami oraz klasami, walki nie tyle stają się trudniejsze… Co dłuższe… Tak jakby twórcy nie mieli pomysłu na to, jak można zrównoważyć wbijane poziomy, więc po prostu dali więcej przeciwników albo inny element odciągający uwagę.
Poziomy wbija się jak poprzednio: przez starcia oraz zbieranie znajomych. Tym razem jednak nie na parodię Facebooka a Instagrama. Nowością jest możliwość robienia sobie selfie z różnymi bohaterami. W połączeniu ze wspaniałą oprawą, znów można poczuć się jak część jednego z odcinków.
Skoro już jesteśmy przy serialu: poprzedniczka, jak i sama bajka są bardzo kontrowersyjne. I Fractured But Whole robi wrażenie wręcz… Grzecznego… Jasne: dalej są żarty toaletowe, ale nie ma już nic takiego, co dosłownie zwalałoby z nóg i robiło efekt “WOW” albo “eh…”. Na dodatek, i tu muszę się przyznać, że wtedy jeszcze nie oglądałem przygód Cartmana z kumplami, Kijek był bezproblemowy w przyswojeniu postaci oraz historii, a tu natomiast były momenty, gdy dawano mi odczuć, że nie wiem czegoś z uniwersum, co zdecydowanie wiedzieć powinienem.
Jest jednak jedna rzecz, której wybaczyć się nie da. Mianowice crash do pulpitu. Niby nic nowego. Zdarza się w wielu grach. Tutaj jednak było to praktycznie przed samym końcem. Na jednym z etapów gra zwyczajnie wywalała do pulpitu. Prawdopodobnie brałem na misję kogoś, kogo wziąć nie powinienem, jednak save był w takim miejscu, że nie mogłem tego zmienić. Sama walka nie była pomijalna. W efekcie… Kończyć musiałem na You Tube, ponieważ reinstall nie pomógł. Ot zwyczajnie: śmiertelny błąd w samym kodzie.
Nie dane mi było więc skończyć tak jak chciałem. A było zbyt nudno, by zaczynać od zera. Mimo, iż system potyczek został bardzo rozwinięty, to tak: bardzo szybko nużył. Tak więc: grzeczna historyjka, nudny gameplay i olbrzymi crash, sprowadzają się na to… Że tym razem zwyczajnie nie mogę tej gry polecić… Z bólem… Ale tak jest. Mam wrażenie, że chęć zarobienia była większa niż wydania dobrej gry.
NIE POLECAM