Spiritfarer

Gdy pierwszy raz zobaczyłem Jotuna byłem zafascynowany i “kupiony”. Gameplay okazał się natomiast jeszcze lepszy niż wszystko co widziałem na materiałach promocyjnych. Z zapartym tchem zacząłem więc obserwować dalsze dzieje Thunder Lotus. 

Szybko pojawiła się produkcja Sundered, którą oczywiście posiadam, ale niestety nie ograłem. Nie jestem wielkim fanem metroidvanii, dlatego też, pomimo bardzo interesującej tematyki, jakoś mi się nie spieszyło z pobraniem gry na dysk. Kolejną grą jest właśnie Spiritfarer. Produkcja, na którą czekałem strasznie i cieszyłem się wszystkimi wysokimi notami jakie zgarniała! I to właśnie tutaj przyszło rozczarowanie. 

Choć “rozczarowanie” to może za mocne słowo. Ot po prostu się trochę zawiodłem. I o ile byłem świadomy tego, iż gameplay jest raczej niespieszny, tak stawiałem na to, że porwie mnie fantastyczna atmosfera i historia. Tak się niestety nie stało. 

W Spiritfarer zmieniamy się z Charoem – przewoźnikiem dusz – miejscami i teraz to naszym zadaniem jest pomagać zbłąkanym duszyczkom przejść na drugą stronę. Brzmi to ciekawie, jednak ogranicza się do… Symulatora farmy. Płyniemy statkiem szukając postaci do zabrania w ostatni rejs, przy okazji spełniając ich zachcianki, takie jak np. Zrobienie kawy. A żeby ją zrobić trzeba posadzić nasionka. Itd… 

Boli mnie to, że pod napotkane istoty nawet nie został podłożony głos. Otrzymujemy więc ściany tekstu i niestety, dla mnie, bardzo nieangażujących opowieści. Ot ktoś mi opowiada, że sobie mieszkał tu czy tam albo, że ma złe sny. Fajnie. Ale co z tego? Zupełnie mnie to nie obchodzi. Obchodzi mnie natomiast, że symulator farmy stał się teraz dodatkowo visual novelą. 

I szkoda, że tak musiało się stać, bo sama oprawa jest jak zwykle rewelacyjna. Ręcznie rysowanie grafiki i postacie robią swoje (przynajmniej wyglądają na ręcznie rysowane – nie wiem, jak jest w rzeczywistości). Świetne jest też poruszanie się statkiem – ustawianie na mapie punktu docelowego, dzięki czemu poruszamy się 2D w świecie 3D bez żadnych problemów. No i moment łapania piorunów mnie zwyczajnie urzekł. Niesamowite doświadczenie. 

Tylko co z tego, skoro z każdą mijającą minutą miałem wrażenie, że po prostu marnuję czas? To już nawet nie było takie “o w sumie to jest fajnie więc na odstresowanie sobie posadzę marchew”, tylko dosłownie “no dobra… trzeba to w końcu przejść”. Przyłapałem się na tym, że Spiritfarer nie daje mi żadnej przyjemności i gra w niego zmieniła się w pracę, której po prostu nie lubię. 

Nie znaczy to oczywiście, że jest to gra zła. O nie! Jest to tytuł solidny, dobrze wykonany, z małą ilością bugów (miałem może 1 albo 2). Tylko jest to tytuł zupełnie nie dla mnie. Po prostu do mnie nie trafia. 

NIE POLECAM 

Rating: 5.0/10. From 1 vote.
Please wait...