Zainteresowanie zombie nie trwa od dziś i już od dłuższego czasu jest podsycane przybywającymi fanami. Jednak miłośników zgnilizny znikąd nie wyczarowano i trzeba było przygotować coś co by skutecznie przyciągnęło ich uwagę. Poza jelitami i mózgami oczywiście.
Początki sięgają Left 4 Dead gdzie w co-opie gracze wspólnie zaczęli ratować się przed martwymi ciałami, ale było to znane już wcześniej, chociażby w dziełach muzycznych jak np. Ozzy Osborne – Zombie Stomp. Gdzie to wszystko miało początek? Ciężko stwierdzić, lecz nie jest to miejsce, by się nam tym zastanawiać. Jednak jedno mogę stwierdzić: największy hype zaczął się po The Walking Dead.
Studio Telltale już od jakiegoś czasu przyzwyczajało nas do tych wciągających, interaktywnych filmów (np. Back To The Future The Game), jednak tym razem poza samym klikaniem na przedmioty, z którymi możemy wejść w interakcję dostajemy potężną dawkę czegoś, co nazywa się wybory. Oraz w tym przypadku często: wybory moralne.
Zaczynamy grę jako jadący do więzienia afroamerykanin o imieniu Lee. W trakcie jazdy, kierowca (wiozący nas przedstawiciel prawa) uderza w jakiegoś człowieka, który miał dziwną zachciankę – spacerowanie po autostradzie. Jak się okazało, ten był już nieżywy, gdyż od momentu skazania do niedoszłego momentu przekazania do więzienia, rozpętała się apokalipsa. Gdy po wypadku udaje nam się wydostać z radiowozu, okrutny los rzuca nam kolejne kłody pod nogi i zsyła na nas hordę żywych trupów, od których musimy uciec z dodatkowo ranną nogą. Pomijając to, iż na samym początku gry nasz bohater zgrywa straszną łamagę / fajtłapę, przewracając się ciągle o cokolwiek (jesteśmy w kuchni, patrzymy się na kałużę krwi, wchodzimy w nią wolno i BAM! leżymy… Po chwili to samo… W tym samym miejscu…), nasz bohater postanowił otoczyć opiekuńczym skrzydłem, spotkaną podczas ucieczki, małą dziewczynkę o imieniu Clementine.
Jak łatwo przewidzieć, naszym głównym celem jest nie dopuścić do uszkodzenia małej, oraz utrzymanie się przy życiu. Wiadomo, iż w grupie zawsze raźniej, tak więc do naszej przygody dołączają się kolejni śmiałkowie. Jednak pomimo wielkiej ilości bohaterów, postać grywalna jest tylko jedna.
Nie zaznamy tu klasycznej rozgrywki, gdyż chodzimy tylko momentami, a większość czasu oglądamy rozmowy między bohaterami. I tu jest całe piękno tytułu. Jako wielki fan kina oczekiwałem aż jakiś film wciągnie mnie na tyle, żebym fizycznie czuł chęć zrobienia czegoś. Temu tytułowi się udało.
Podczas rozmów, prawie za każdym razem gdy odzywa się nasza postać mamy do wyboru kwestie dialogowe dla niej. Każda z odpowiedzi zazwyczaj ma inny charakter – mogą się zgadzać z czyimś zdaniem, lub przeciwnie; mogą być łagodne jak i wywołać agresję. Dzięki temu możemy zawsze mówić to co chcielibyśmy przekazać rzeczywiście a nie tylko to co jest albo białe albo czarne. Dodatkowo postacie zapamiętują to co mówiliśmy oraz ma to rzeczywiste znaczenie w dalszej części zabawy (!). Jeśli nie wstawimy się za kumplem, to kto wie, czy nie będzie nam tego w przyszłości wypominał, albo czy nie odmówi nam kiedyś pomocy… Jakby tego było mało, twórcy dorzucają do pieca wybory moralne, tak więc często bywa iż stajemy się sądem ostatecznym i decydujemy o życiu lub śmierci, a to i tak wbrew pozorom nie są najtrudniejsze sytuacje w jakich jesteśmy często stawiani. Mało? To dodamy ograniczony czas i brak aktywnej pauzy. A żeby było jeszcze lepiej, to im bardziej napięta sytuacja, tym czasu mniej… I tak robi się napięcie!
Jednak nie tylko kwestiami dialogowymi żyjemy i część gry jednak musimy dosłownie przechodzić. Najczęściej w poszukiwaniu jedzenia, albo jakiegoś sposobu, aby przedostać się w niedostępne miejsca.
Od czasu do czasu musimy dodatkowo ćwiczyć nasze palce – podczas siłowania się z umarlakami palce lewej ręki dwoją się i troją wciskając przycisk „Q”, aby nie dać się zabić. Jednak wbrew pozorom nie to jest największym elementem zręcznościowym w grze. Najwięcej robi tu zdecydowanie myszka. Jeśli chcemy coś podnieść, to klikamy na to. Jeśli chcemy złapać wycelowaną w nas lufę strzelby… Staramy się kliknąć w to jak najszybciej.
Pechowo twórcy zapomnieli iż postaci powinny posiadać, poza szybkimi rękoma, szybkie nogi. Często i gęsto zdarza więc się, iż wiele kilometrów, które jesteśmy zmuszeni pokonać szukając czegoś, jesteśmy zmuszeni przejść – zapomnijcie o bieganiu. Jest to o tyle irytujące, iż rozgrywka nabiera czasem tak niesamowitego tempa, że ma się ochotę rozszarpać twórców za to, że nagle zwalniamy, by równie nagle przyspieszyć już po znalezieniu czegoś co było nam potrzebne do przetrwania.
Niestety i przy interaktywnym filmie ciężko uchronić się przed błędami. Szczególnie we wczesnych etapach gry, nasz bohater jest w stanie powiedzieć to co wybraliśmy, by potem powtórzyć to samo, minimalnie innymi słowami, gdyż twórcy uznali, że inne opcje nie będą pchały fabuły do przodu. Nie mówię już o teleportacji postaci. Ta na szczęście trafiła mi się chyba tylko raz, albo dwa…
Zły los sprawił także, że często decyzje, które podejmujemy są tylko powierzchowne, bo i tak, niezależnie od tego co byśmy wybrali, finał jest ten sam… I nie mówię tu tylko o wyborach typu: którakolwiek odpowiedź zostanie wybrana, to przyjaciel i tak „strzela focha”, ale także momentach, w których ratujemy kogoś, by krótko potem i tak zginął… Trochę to irytujące i bezcelowe.
Mimo wszystkich błędów, ten interaktywny film tak wciąga, iż już w epizodzie numer dwa miałem ochotę (fizyczną) skopać cztery litery jednemu z niemilców. Podczas ciężkich wyborów, moje serce przyspieszało, a podczas sądów ostatecznych świat stawał w miejscu.
Ba! Po wyłączeniu gry miałem wyrzuty sumienia, bo postąpiłem tak a nie inaczej…
BA! Często już po wypowiedzeniu paru zdań czułem, iż zrobiłem źle i powinienem przeprosić.
Czasami miałem wrażenie, jakby te wszystkie postacie żyły, a ja bym istniał naprawdę w tym świecie.
Nie jest to gra o zombie. Jest to gra o odpowiedzialności, przyjaźni i o ludziach. O tym czego się boimy. O tym co byśmy zrobili, a co nie. Celowo twórcy zmontowali to wszystko tak, byśmy odczuwali całość z taką siłą. Grając w The Walking Dead na dobrą sprawę poznajemy samego siebie oraz jesteśmy w stanie zobaczyć swój obraz w naprawdę kryzysowej sytuacji.
Niezależnie od tego jak pokierujemy wyborami – zakończenie jest jedno. Zwieńczone ostatecznym wyborem (finały dwa). U mnie finał był taki, iż musiałem wycierać spocone oczy.
Koniec nie wpływa na to czy będziemy wzruszeni czy nie. To nasze wybory w trakcie gry rzutują na to. Bo o to właśnie chodzi w tym tytule. Wbrew pozorom nie o to, aby przeżyć. Ale, by godnie żyć.
Jest to tytuł, który zdecydowanie polecam i któremu z czystym sumieniem wystawiam najwyższą ocenę, jak i dołączam do listy swoich ulubionych pozycji. Obyście i wy pomogli Clementine przetrwać.
POLECAM