Uncharted 2: Pośród Złodziei

Mistrz suspensu, Alfred Hitchcock, powiedział kiedyś, że „film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. I tak, wiem, Uncharted to przecież gra a nie film, więc nie powinienem tego oceniać w ten sposób. 

Przygody Nathana Drake’a, są jednak przedstawione iście filmowo, ze szczególnym naciskiem na fabułę, przygodę i filmowość właśnie. Dlatego też, odnosząc się do cytatu powyżej: zaczynamy od trzęsienia ziemi. Jednak niestety napięcie dalej nie rośnie. 

I to w sumie trochę smutne i rozczarowujące zarazem, że najlepiej oceniana gra (w chwili pisania recenzji 96 na Metacryticu, a 4: 93), jest jedyną, w której całkowicie nie pamiętam początku (poza “trzęsieniem ziemi”). I w sumie nie pamiętam jeszcze wielu rzeczy… Poza tymi, jak bardzo źle mi się grało… 

A jest to spowodowane, klasycznie dla całej serii, momentami strzelania. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że nie tylko Among Thieves ale i całą serię trzeba grać na najniższym poziomie trudności, bo wszystkie etapy shooterowe, są zwyczajnie źle zrobione. Dokładnie widać gdzie jest przygotowana arena i gdzie będziemy musieli walczyć z nieprecyzyjnym namierzaniem niemilców. Samych aren także nie brakuje. A nawet powiem, że jest ich przesyt. Historia traci na płynności i zamiast dobrze się bawić, jesteśmy zmuszani, do ciągłego użerania się z celowaniem na padzie. 

Niestety, ale tym razem nawet opowieść sama w sobie mnie nie powaliła. Pewnie: było fajnie, filmowo itd… Ale cel przygody wydawał się taki… Mało egzotyczny i niezachęcający sam w sobie. I mówi to osoba, która absolutnie ubóstwia śnieg w grach, a tego przecież tym razem nie brakowało. 

Nie zrozumcie mnie źle: nie uważam, że jest źle! O nie! W dalszym ciągu jest bardzo ciekawie i angażująco – w szczególności na linii Nathan –Elena. Jednak grając w Uncharted 2 cały czas czułem pewien niedosyt… I mam świadomość tego, że w momencie premiery ta gra musiała powodować opad szczęki… Tak “dziś” powodowała u mnie jedynie frustrację (patrz: strzelanie). No i ten moment z pociągiem… Eh… 

Na samym początku gry wspinamy się na pociąg. Jest to etap, który zajmuje stosunkowo sporo czasu. I następnie, po iluś tam godzinach gry… Wspinamy się dokładnie na ten sam pociąg jeszcze raz. Ta sama trasa. Te same przeszkody. Dokładnie ta sama scena. Tylko jeszcze raz… A chwilę wcześniej, zanim maszyna się wykoleiła, miała miejsce jedna z najbardziej idiotycznych walk w historii gier w jakie grałem… Spotkałem bowiem przeciwnika, który był odporny na kule i granaty, ale nie na ciosy pięścią w ryj. Wiem: walka zrealizowana jest bardzo fajnie i Naughty Dog jest z tego dumne… Ale zabieranie graczowi możliwości alternatywnego pokonania przeciwnika jest bez sensu. Tak bardzo bez sensu jak to, że zwykłego faceta można pokonać tylko pięścią a nie karabinem czy granatami. 

Nie jestem niezadowolony czy zły, że poświęciłem tej produkcji czas. To dalej jest świetna gra. Rozumiem czemu może się podobać i czemu podobała się podczas premiery, kiedy ciężko było o konkurenta na podobnym poziomie. Jednak, moim zdaniem: nie zasługuje na tak wysoką ocenę. Na rynku nie ma zbyt wielu tak solidnych tytułów przygodowych i mam wrażenie, że to właśnie “jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma”, robi tutaj robotę. 

POLECAM

Rating: 6.0/10. From 1 vote.
Please wait...