Pamiętam, że kiedy przechodziłem trzeci dodatek do Dawn of War’a, byłem rozczarowany i ogólnie zawiedziony. Dark Crusade był niesamowicie rozbudowany i przemyślany. Tymczasem Soulstorm wydawał się być na siłę przedłużany.
Ponadto, co dodatek każda z nacji dostawała nowe jednostki. Więc tym razem też nie mogło być inaczej. Jednak z jakiegoś powodu postawiono tu na jednostki latające, które w przypadku strategii takiej jak Dawn of War, pasowało raczej jak pięść do nosa. Na szczęście w kolejnych odsłonach zdano sobie z tego sprawę i odstawiono ten pomysł na bok.
Ale wróćmy do dnia dzisiejszego. Po wielu latach, znów naszła mnie ochota na przypomnienie sobie jednej z najlepszych strategii mojego życia. A przynajmniej tak ją zapamiętałem. Szybko więc uruchomiłem Steama, odpaliłem pobieranie i niedługo potem nacisnąłem “Graj teraz”.
I… Było świetnie! Nie wiem kiedy znikały mi kolejne godziny… Radość z gry była taka jak pierwszego dnia. I to nie za sprawą nostalgii – staram się nie oceniać gier pozytywnie, bo “miłe wspomnienia”. Nie. To zwyczajnie kawał dobrej strategii czasu rzeczywistego. Tak kiedyś jak i dziś.
Wiadomo: nie jest idealnie. To dalej nie Dark Crusade. W dalszym ciągu latające maszyny były bardzo irytujące i wciśnięte na siłę. Dalej obecne są debilizmy w postaci nagłej dematerializacji bazy. Już przypominam: gdy walczyliśmy o jakieś terytorium budowaliśmy i rozwijaliśmy bazę. Następnie, w poprzednim dodatku, podczas odpierania wrogiego ataku: do dyspozycji były wcześniej przygotowane umocnienia. Coś na styl odpierania naszych ofensyw – przecież wrogowie mają już infrastrukturę. Jednak w Soulstorm z jakiegoś powodu za każdym razem zaczynamy od zera. To znaczy, też nie do końca… Jeżeli wydamy odpowiednią ilość punktów rekwizycji planetarnej, to możemy rozpocząć z paroma budyneczkami. Ciągle nie ma to sensu.
Przejdźmy jednak dalej. Tym co zaskoczyło mnie najbardziej…. Było AI przeciwników. Zdążyłem zapomnieć jak podstępni potrafią być. Dzisiejsze strategie przypominają spacer po parku w porównaniu z tym, jakie trudności potrafili nastręczyć niemilcy kiedyś. Dywersja, ataki z zaskoczenia, nieustępliwość. Ah, jak cudownie znów było poczuć przypływ adrenaliny!
Stęskniłem się za tym. Strasznie. Stęskniłem się także za różnorodnością. Mnogość ras i jednostek to coś, czego inne tytuły mogą tylko pozazdrościć. Nawet kolejne odsłony DoW nie były tak bogate jak właśnie “jedynka” wraz z dodatkami. Żeby było ciekawiej: każda jednostka była wyjątkowa. Każda miała inny zespół umiejętności i inne przeznaczenie. W każdej z nacji! Dziś można o takiej różnorodności, i to nie tylko wśród strategii, tylko marzyć. Korporacje nauczyły się robić gry z szablonu.
I gdy kiedyś przeklinałem Soulstorma, tak dziś wiem, że byłem w błędzie. Z pewnością nie jest to najlepsza z odsłon cyklu. Nie zmienia to jednak faktu, iż w dalszym ciągu jest to produkcja wybitna, która pomimo pewnych problemów technicznych (jak można żyć z kamerą zawieszoną tak nisko…), dalej daje sobie radę w dzisiejszych czasach.
POLECAM