Minął pewien okres czasu. Już zdążyłem zapomnieć czemu nie podoba mi się Wolfenstein: The New Order i pojawia się The New Colossus. Znam siebie na tyle, że wiem, że nawet, jeżeli chciałbym zagrać w ten tytuł, ale przy poprzedniczce stwierdziłem, że go nie kupię, to coś musi w tym być i trzeba powstrzymać rządzę wydawania pieniędzy.
Na szczęście z pomocą przyszedł mi Game Pass od Microsoftu. Dołączyłem ze względu na Gears 5, ale skoro, już i tak go mam, to czemu nie pograć też w inne tytuły? I w ten sposób na mój dysk trafił drugi Wolfenstein. No cóż… Dobrze, że nie poszedłem za hypem, tylko zostałem przy moim wewnętrznym głosie, bo przypomniałem sobie wszystkie słabe punkty pierwszej odsłony. Dokładnie wszystkie. Bo rozgrywka się praktycznie nie zmieniła.
Ale zanim przejdę do samego ogrywania tytułu, warto zaznaczyć, gdzie jesteśmy. Przygoda zaczyna się natychmiast po końcu poprzedniczki. Przyjaciele odnajdują nas prawie martwego i zaciągają na U-bota, gdzie dochodzimy do sprawności przez parę miesięcy. Ponownie wcielamy się w B.J. Blazkowicza i ponownie, kto by się spodziewał, kurację przerywa atak Nazistów. Więc znów stajemy do walki.
I to jest chyba największa bolączka gry. Ciągłe, bezmyślne strzelanie. Tak naprawdę pierwsza gra, której przychodzi mi skojarzenie w porównaniu do Wolfensteina to Gears Of War 4 – najsłabsza część serii. Główny bohater jest chłopcem na posyłki, a całość ogranicza się do przechodzenia między arenami, na których czai się na nas coraz więcej przeciwników. Rozgrywka do bólu powtarzalna. Nie ma elementów, które zaskakują. Dokładnie wiemy, co czeka za tymi drzwiami… Miasto, na które zostały zesłane bomby atomowe? Nie da się tam żyć? Oczywiście Niemcy tam są i pilnują wszystkiego w kombinezonach. Hmm… To znaczy, że w Czarnobylu do dziś stoją Rosjanie w kombinezonach przy reaktorze? No raczej nie…
Nie ma momentów, które pozwoliłyby na spokojne eksplorowanie świata. Na cieszenie się tym, co graficy przygotowali. Cały czas tylko biegamy i strzelamy. W kółko. Przez 10+ godzin. Po pierwszych 2 widzieliśmy już praktycznie wszystko, ale trzeba to przechodzić na okrągło.
Z początku mi się to podobało. Dynamika starć też. Ale z czasem przyłapałem siebie na tym, że myślami jestem w całkowicie innym miejscu. Pif paf… Ciekawe jak wygląda Days Gone… Bum! Może przejdę jeszcze raz Horizon Zero Dawn? Łubu dubu! Nie mogę się doczekać MediEvila…
I to jest olbrzymi problem, bo zabawa przeistacza się w pracę… Chcesz poznać zakończenie historii? Pracuj bo inaczej nic nie zobaczysz… Zacząłem się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje? Czemu z czasem coraz mniej mi zależy. No i znalazłem odpowiedź. Pierwsza sprawa, jak wspominałem: powtarzalność – ale ta, jeżeli jest dobrze zrobiona, jest do przeżycia. Sprawa druga: dynamika.
Tak. Coś co wydawało mi się wielkim plusem okazało się w rzeczywistości być minusem. Już tłumaczę. Wolfenstein II bardzo premiuje brawurę. Mamy więcej pancerza niż zdrowia a co chwilę znajdujemy apteczki a nie kamizelki. To dlatego, że można mieć zdrowia więcej niż jest założenie. Tylko, z każdą sekundą punkty nam uciekają aż dojdą do właściwej liczby. Mamy 50 HP. Znajdujemy apteczkę. 100Hp. 99Hp.98Hp. itd. To rzeczywiście jest wzmocnienie, ale na krótką metę. To co dałoby stałe wsparcie – punkty pancerza, znajdujemy dużo rzadziej. W związku z tym, jeżeli chcemy jak najmniej stracić – bo przecież zdrowie i tak nam ucieka i tak, trzeba grać dynamicznie i brawurowo. Ryzykować. Wyskakiwać na wrogów z dwoma karabinami i strzelać na oślep. Biegać pomiędzy Nazistami. Nie samo zdrowie nas do tego zachęca ale też amunicja. Mamy jej zawsze na tyle mało, że bez zbierania z pokonanych niemilców, nie damy rady wytłuc wszystkich przeciwników w lokacji.
To wszystko składa się na to, że umiera się częściej niż w klasycznych odsłonach gatunku FPS. I w naturalnej konsekwencji tego faktu: przestaje nam zależeć na życiu. Tak częsta liczba śmierci staje się statystyką a nie emocjonującym przeżyciem. Checkpointów jest tu zatrzęsienie, więc nawet nie tracimy zbyt wiele czasu. Aren jest naprawdę masa i bardzo szybko cała gra zmienia się zwyczajnie w pracę. Ok… Jeszcze tylko z 2-3 areny i nareszcie będzie przerywnik.
Celowo napisałem o cutscence „nareszcie”. Fabuła jest tu zdecydowanie ciekawsza niż w poprzedniczce. Były momenty, gdzie śmiałem się na cały głos a były też takie, które mnie zszokowały. Jest to coś, co zdecydowanie warto zobaczyć. Ale to tylko przerywniki. Bo wszystko co mówią bohaterowie między nimi nadaje się na mema z gatunku „14 letnie dziewczynki”. Cała rozmowa z Williama z Caronine, która na dobrą sprawę trwa całą grę, to głupoty, w których brakuje jedynie „drogi pamiętniczku… Dziś uderzyłem kobietę…”. Cała ta sytuacja pokazuje tylko, jak bardzo płytka jest postać Blazkowicza. Jedyne momenty, które naprawdę dodawały protagoniście głębi, to retrospekcje. Zrobione rewelacyjnie. To był element, który autentycznie najbardziej mnie ciekawił przez całą długość produkcji.
Jednak, ostatecznie, cała rozgrywka wydaje się być kalką The New Order. Zmiany są jedynie w tym, że zamiast noża używamy teraz siekierki i można mieć różną broń w dwóch rękach – a nie tak jak kiedyś – tylko jeden rodzaj. To tyle. Cała reszta jest identyczna. Powtarzalnie, dynamicznie, bez znaczenia, nudno. Naprawdę cieszę się, że jej nie kupiłem i dziś wiem, że wolałbym zwyczajnie obejrzeć wszystkie cutscenki na You Tube, niż tracić 10-14 godzin z życia na nudzenie się.
NIE POLECAM