Wolfenstein: The New Order

Wizja świata, w którym to Hitler wygrał drugą wojnę światową jest niezwykle interesująca. Niejednokrotnie spotykałem się, z różnymi wizjami ludzkości rządzonej przez nazistów. Jedne były bardziej optymistyczne – inne mniej. Jednak chyba właśnie tytuł, jeszcze wtedy id Software jest tą najbardziej znaną.

Jest tylko jedna część Wolfenstein’a, która mi się podobała. Pierwsza. Liczyłem na to, że najnowsze odsłony to zmienią. Jednak: brałem pod uwagę to, iż nie ma obecnie ani jednego tytułu Bethesdy, który by mnie nie odrzucał wykonaniem. Cóż… Po ograniu The New Order nie czuję się odrzucony ale ostatecznie uważam ten czas za stracony.

Zaczyna się z wysokiego C. Szturm na zamek. Niesamowita dynamika, wybuchy i cała reszta cieszących oczy efektów. Odczuwamy każdy wystrzelony nabój a zabijanie nazistów dostarcza pokaźnych ilości adrenaliny i radości. Wszystko jest fajnie do momentu skradania się. Jako wielki fan skradanek obserwuję przeciwników, staram się poznać ich trasy, przewidzieć następny ruch… I w tym momencie natrafiam na rzecz, której absolutnie przewidzieć się nie da. Oczy z tyłu głowy.

Dokładnie. Skradając się na kolanach i uważając na każdy jeden krok, przeciwnik nagle odwraca się i zaczyna strzelać. Bo tak. Powtarzałem sekwencję parę razy. Za każdym razem jest to samo. Co ciekawe: bywały momenty, już w dalszej części gdy, gdzie mogłem spokojnie bawić się w cichego zabójcę i było ok. To wyglądało tak, jakby twórcy narzucali mi styl. Kazali się dopasować do ich wizji. Zapraszali mnie do zabawy ale tylko na ich warunkach. A ja bardzo czegoś takiego nie lubię… Podobne sytuacje zdarzają się jeszcze parę razy. A my nigdy nie wiemy czy to jeszcze etap, gdzie gramy bo chcemy, czy gramy bo musimy.

Sama mechanika strzelania wykonana jest poprawnie. Czujemy, że strzelamy. Czujemy moc. Jednak ona, jak i wszystko inne bardzo szybko się nudzi. Byłem w ¼ tytułu, gdy marzyłem już o zakończeniu. Z początku byłem ciekaw alternatywnej wersji wydarzeń – gdyż na samym początku przygody ratuję jednego z kompanów – jednak teraz nawet nie pamiętam kogo ocaliłem. I najlepsze jest to, że całkowicie mnie to nie interesuje.

Kolejna rzecz, która mnie denerwowała? Oczywiście polskie głosy… Nie wiem… Czy Pixar i Dreamworks mają wyłączność na dobrych aktorów? Ich produkcje są jedynymi, w których mogę słuchać polskiego podkładu. Poza tymi firmami nie spotkałem się nigdy z dobrze podłożonym moim ojczystym językiem. Serio tak trudno jest zatrudnić kogoś dobrego przy takim budżecie? Rozumiem, że gdy cały tytuł robiony jest po angielsku a niekoniecznie twórcy chcą narażać się na koszty przy lokalnym udźwiękowniu, znajdują tanich aktorów. Ale uważam, że zostawienie oryginalnego głosu i zrobienie napisów jest dużo lepszym i tańszym wyjściem. Nienawidzę, kiedy gry zmuszają nas do słuchania złego dubbingu (tak Spider-Man, na ciebie patrzę). Jednak w wypadku The New Order – nawet w oryginale słyszymy polskie głosy, gdyż protagonistę ratują Polacy! I nawet przy tak ważnych rolach nie została zatrudniona kompetentna obsada.

I tak oto dochodzimy do momentu w którym, jedynymi, pozytywnie zapamiętanymi przeze mnie momentami były te z samego początku i … Pewnego bardzo odległego miejsca… Piszę te słowa na długi czas po ograniu. Tą część Wolfensteina skończyłem na długo przed zapowiedzą The New Colossus’a. Już wtedy wiedziałem, że sequel będzie mi obojętny. I tak też się stało. Były zapowiedzi. Była premiera. I była obojętność. Tak do The New Order jak i do wszystkich pozostałych tytułów w historii tej serii.

NIE POLECAM

Rating: 3.0/10. From 1 vote.
Please wait...