Jako wielki fan Obcego, nie mogłem przejść obok Isolation obojętnie. Jeżeli chodzi o filmy: podobała mi się zarówno pierwsza, mroczna i przerażająca część, jak i przepełniona akcją i wybuchami odsłona czwarta. Innymi słowy: uwielbiam kino zarówno akcji, jak i grozy.
Jednak, z racji dość pokaźnej ilości tych mocno dynamicznych tytułów, wolałem otrzymać coś, co bardziej będzie trzymało w napięciu i wymagało wytężania zmysłów. Nie rozczarowałem się. No przynajmniej nie klimatem… Ale wszystko w swoim czasie.
Ok. Zaczynamy typowo: kosmos. Wcielamy się w Amandę Ripley – córkę bohaterki czterech głównych filmowych odsłon. Matka wyruszyła na misję i słuch o niej zaginął. Jednak, po wielu latach poszukiwań, okazuje się, że znaleziono czarną skrzynkę ze statku, którym leciała. To nasza szansa, na odkrycie co się wydarzyło i możne na odszukanie matki. Tak więc ruszamy razem z droidem i jeszcze innym pracownikiem firmy, w drogę.
Czemu nie podałem ich imion? Sprawa jest prosta: bardzo szybko zostajemy sami, a postaci te prawie nic nie znaczą i wsadzone są tylko jako upychacz w fabule. Zresztą: każda postać, jaką poznamy, ostatecznie zostawia nas samych sobie. Dlatego ciężko czuć sympatię czy zainteresowanie losem innych ludzi. Oczywiście – czujemy podświadomą potrzebę ocalenia wszystkich, jednak czasem instynkt przetrwania jest silniejszy. I tak właśnie zaczyna się jedno wielkie polowanie, w którym na zmianę jesteśmy łowcą i zwierzyną.
Nikogo nie zdziwi fakt, że spotkamy Xenomorfa na swojej drodze. Było to wiadome od momentu, w którym usłyszeliśmy o tytule gry. Poza samym Obcym będziemy też natrafiać zarówno na ludzi – tych przyjaźnie i wrogo nastawionych, jak i na droidy. I szczerze mówiąc, to właśnie one przerażały mnie najbardziej. Są dużo bardziej inteligentne od tropiącej nas kreatury i same nie są przez nią atakowane.
Warto tu dodać, że każda spotkana przez nas rasa jest śmiertelna. Oczywiści najłatwiej zabić ludzi. Niestety, jesteśmy bardzo kruchymi istotami a wszechświat jest bezlitosny. Z mechanicznymi tak łatwo już nie jest. Trzeba wpakować im parę kulek, bądź natrudzić się podczas walki wręcz. Ostatecznie – walka z nimi zużywa dużo zasobów, w tym czasu. Najtrudniejszy do pokonania jest oczywiście „główny bohater”. Zabicie go, jest nieziemsko trudne, ale nie niemożliwe. Jest to na tyle kłopotliwe, że radzę, raczej w ramach ciekawostki, poszukać nagrania na YouTube a nie próbować samemu. W takim wypadku jak skutecznie się bronić? No i tu zaczyna się zabawa.
Jedyne czego Obcy się boi – to ogień. W filmach bohaterowie używali miotacza płomieni, nie mogło zabraknąć też go w grze osadzonej w tym samym świecie. W pewnym momencie więc, trafiamy na broń, która pomoże nam nieco odmienić sytuację. Problem pojawia się jednak z samą amunicją. Zasoby tejże trafiają się niezbyt często. W związku z tym, trzeba szanować każdą jedną kulę, gdyż może jej zabraknąć w kluczowym momencie. To co robimy najczęściej to przemykanie i ukrywanie się. I to jest ta część zrobiona rewelacyjnie.
Punkty zapisu nie trafiają się super często, a czasem gdy w pobliżu jest przeciwnik, nie pozwalają na zachowanie stanu gry. Powoduje to, iż obawa o utratę postępu w grze jest tym większa im dalej zajdziemy. Niezwykle silni przeciwnicy też nie przyczyniają się do zwiększenia naszego poczucia pewności siebie. Przez całą grę jesteśmy jak zaszczuta zwierzyna. Musimy skradać się, uciekać i dokładnie myśleć o następnych ruchach, zachowując przy tym nadzwyczajną czujność. Bywały momenty, gdzie byłem absolutnie przerażony i bałem się wyjść spod biurka. I to jest super! Ten emocjonalny roller coaster, który towarzyszył mi przez całą przygodę. Myślisz, że jest bezpiecznie? Cyk i umierasz! Tu nie ma czegoś takiego jak „bezpiecznie”! W samej końcówce byłem już tak mocno przerażony, że dosłownie zdarzało mi się wrócić do pulpitu tylko po to, by po chwili ochłonięcia wrócić w skórę Amandy. Rewelacja! Widać, że autorzy rozumieją co sprawiało, że „Ósmy Pasażer Nostromo” stał się klasyką.
Oczywiście nie jest to kwestia samego gameplayu, czy przepakowanego Aliena, ale też rewelacyjnej warstwy technicznej. Graficznie tytuł jest przepiękny – mamy wrażenie, że jest dosłownie wyjęty z filmowej wersji. Dodatkowo świetną robotę robi udźwiękowienie. Samej muzyki nie uświadczymy tu zbyt wiele. Jednak cała reszta zrobiona jest perfekcyjnie. Odgłosy kroków, wciskania się do szybów wentylacyjnych, czy same odgłosy Obcego. Wszystko to brzmi idealnie i ostatecznie często polega się na tym bardziej niż na własnych oczach.
Jednak nie wszystko jest takie piękne. Sprawa pierwsza – bugi. Trafiła mi się na przykład sytuacja, w której Xenomorf zaklinował się między dwoma platformami – schodami a podłogą – i drgał. Nie wiem nawet jak to dokładnie opisać, ale efekt był komiczny a cała sytuacja pozwoliła mi przejść poziom bez większych problemów.
Sprawa kolejna – system wentylacyjny. Pamiętam, ten moment, kiedy musiałem otworzyć spawarką drzwi, gdzieś w końcowych etapach. Schowałem się pod stołem. Ok. Widzą Go. Zszedł z wentylacji. Obszedł pomieszczenie. Wskoczył na górę. Minęło 0,031433242 sekundy i znów zeskoczył. Co? Ok. Czekam dalej. Znów to samo… Sama ta jedna sytuacja powtórzyła się z 13 razy a nie był to jedyny moment, z taką przygodą.
Przez tego typu momenty, na jednym z etapów zwyczajnie przestało mi zależeć na moim wirtualnym życiu. Cokolwiek bym nie robił, Obcemu dziwnie odbijało i zabijał mnie akurat, gdy robiłem Jakąś Tam Ważną Rzecz. Przez ilość powtórzeń danego etapu zaczęło mi być obojętne czy zginę czy nie. Prysł wtedy też cały klimat. Pojawiło się pytanie: w takim wypadku po co to wszystko? Na moje szczęście, potrwało to bardzo krótko, i dwa – trzy poziomy dalej znów byłem wciągnięty.
Ostatecznie: jestem zadowolony. Uwielbiam, kiedy sztuka dostarcza mi pokaźnej ilości emocji. Tutaj to znalazłem. Sam główny zły, jest rewelacyjny w swoim projekcie jak i zachowaniu. Tropi, szuka, zagląda do szafek i pod stoły. Rewelacja. Nigdy nie wiesz gdzie będzie bezpiecznie. Bo nie będzie bezpiecznie. Wszędzie jest się narażonym. A bugi? Każda gra ma jakieś bugi. Tak samo, jak każdy człowiek popełnia błędy. Ważne, by tych dobrych rzeczy było więcej było więcej niż złych. Na samym końcu więc krzyczałem ze strachu a nie frustracji. Ale jakie to ma znaczenie, skoro w kosmosie i tak nikt nie usłyszy mojego krzyku…
POLECAM
[yasr_multiset setid=0]