Blasphemous

Po rewelacyjnym The Last Door, stwierdziłem, że czas zacząć śledzić poczynania studia The Game Kitchen. Gdy więc tylko przeczytałem o Blasphemous, wiedziałem, że będzie to jeden z tytułów, które koniecznie będę musiał ograć i to jak najszybciej.

Zawsze lubiłem gry akcji, w których trzeba się wykazać zręcznością i umiejętnościami. Od najmłodszych lat zafascynowany byłem także platformówkami. Gdy więc zobaczyłem trailer, na którym widać, świetną akcję, wiele skakania po platformach i na dodatek rewelacyjny świat osadzony w konwencji grzechu biblijnego… Zacząłem odliczanie do premiery…

Z przykrością muszę jednak zaznaczyć, że nie dane mi było w pełni cieszyć się grą, już na samym starcie. Pierwszym napotkanym problemem okazał się język. Nie pierwszy raz gram w coś po angielsku – chociażby wspomniane The Last Door, które na tamten moment nie miało polonizacji. Swoją drogą: nie wiem czy nawet teraz się doczekało. Oglądanie filmu czy rozmowa w języku Shakespeare’a też nie stanowi dla mnie problemu. Jednak po odpaleniu Blasphemous okazało się, że dociera do mnie może 50% informacji… Czasem więcej… Czasem mniej… Ale dalej: nie pełen obraz. Jestem osobą, która umie się przyznać do błędu i proszę o pomoc, kiedy wiem, że jej potrzebuję. W związku z tym, sięgnąłem do pierwszego źródła, jakie mi przyszło do głowy: tłumacz Google. Okazało się, że i najbardziej popularny translator świata, także ma problemy z niektórymi słówkami… Przez jakiś czas siedziałem ze słownikiem, ale ostatecznie stwierdziłem, że spędzenie więcej czasu na tłumaczeniu niż zabawie mija się z celem… Trudno więc: postanowiłem zaufać gameplayowi.

I bum! Rozczarowanie… Jest mi nawet ciężko znaleźć słowa by opisać, jak bardzo zawiodłem się na tej grze… Trailer pokazał absolutnie wszystkie najlepsze sceny. Ale nie to jest najgorsze. Okropna jest właśnie gra sama w sobie. O co mi chodzi: wszystko dzieje się bardzo dynamicznie. Przeciwnicy są bezlitośni i bardzo szybcy. My nie. Pomimo niby podstawowych ataków – czyli coś co lubię, bo można nauczyć się ile czasu protagonista potrzebuje na wykonanie akcji, bohater jest nieproporcjonalnie wolny. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy w podziemiach przeciwnicy wywracali mnie tylko dlatego, że animacja cięcia mieczem zajęła zbyt dużo czasu…

Ale ej! Przecież mogłeś wcisnąć przycisk ataku wcześniej – ktoś krzyknie… I niestety nie ma racji… Tutaj podam kolejny przykład (było ich tak wiele, że nie wymienię wszystkich), w bibliotekach, wspinam się po drabince, gdzie stoi stworek rzucający książkami. Oberwanie takim tomiszczem wiąże się z: odrzuceniem, stratą życia i powaleniem. Podczas trzymania się drabiny, nie można atakować. Uniknąć książki można: atakując ją mieczem, podskakując, robiąc unik. I w niezliczonych sytuacjach, niemilcy znajdują się na tyle blisko, że żadna z tych akcji nie ma czasu się wydarzyć. Tak po prostu. Animacja się zaczyna i jest przerywana, ponieważ oberwaliśmy… Próbowałem wszystkiego i to, czy udało mi się uniknąć ataku było zazwyczaj czystym szczęściem… W późniejszych etapach „zabawy”, po prostu biegłem przez całe lokacje, bo tak było zwyczajnie łatwiej i mniej stresująco…

Właśnie! Stres związany z samym bieganiem. Znów: nie jestem w stanie zliczyć wszystkich tych momentów, kiedy prawie umieściłem kontroler w monitorze… Gdy giniemy, wskrzeszani jesteśmy w najbliższej kapliczce. Jednak wspomnianych odpowiedników soulsowych ognisk, jest tu jak na lekarstwo… W związku z czym: ¾ gry, to bieganie… Bo szybkiej podróży też tutaj nie ma zbyt wiele. To nie znaczy, że nie ma wcale. Jednak mapa podzielona jest na około 20 części (+finalna). Portali znalazłem z 5. Na dodatek są tak bardzo oddalone i ciężko dostępne, że łatwiej było biec przez całą mapę. Nie było to ani przyjemne ani ciekawe. Dodatkowo: wszystkie gry oparte na soulsach mają jakąś konsekwencję: jeżeli zabijesz przeciwnika, ten nie zmartwychwstanie, do czasu aż umrzesz. Nie tu! Tutaj od tak sobie wstają i żyją jakby nigdy nic.

Narzekania nie koniec. Teraz przechodzimy do sterowania. W tytułach tego typu, największym grzechem jest pozostawienie czegoś szczęściu, losowi czy jakiejkolwiek innej sile, poza umiejętnościami gracza. Tymczasem, całej mojej rodzinie zabrakłoby palców by policzyć sytuacje, w których wciśnięcie dokładnie takiej samej kombinacji dawało zupełnie inny efekt… Jeżeli twórcy uznali, że stworzą grę, która jest bezlitosna, z bardzo małą liczbą checkpointów, olbrzymi odległościami i wysokim poziomem trudności, powinni bezwzględnie zadbać o to, by gracz o śmierć bohatera obwiniał wyłącznie siebie. A tak nie jest, bo za dużo losowych rzeczy się dzieje. Np. atak z uniku (bardzo silny), udało mi się zrobić może z dwa razy pod rząd. I nie mówię o walce tylko o kontrolowanej sytuacji – prosta droga, brak przeciwników. Trenuję. I wykonuję dokładnie te same czynności… Włącza się już pamięć mięśniowa… A i tak wychodzą zupełnie różne rzeczy… Jest to coś, co KONIECZNIE trzeba naprawić…

Jeżeli cokolwiek zostało tu dobrze zrobione, to grafika. Wiem. Ja też już mam trochę dosyć pixel artu… Jednak, lokacje są wręcz niesamowite! Potrafią zaskoczyć i chwycić za serce. Bądź nawet przerazić. Egzekucje są brutalne i krwawe. A jak się przyjrzeć, to można zauważyć bardzo wiele szczegółów, pomimo właśnie pixelozy.

Eh… To jedna z tych recenzji, w której jest bardzo wiele do opowiedzenia, ale zwyczajnie się nie da z natłoku materiału. Przenikanie przeciwników przez obiekty (nasze ataki nie przenikają)… Zły projekt wielu bossów – widać brak pomysły i wymuszone rozwiązania (np. niewidome dziecko)… Musiałbym przejść wszystko jeszcze raz, żeby wypunktować wszystkie złe elementy. Ale zwyczajnie nie mam na to ochoty. Moim zdaniem, to jeden z najbardziej zmarnowanych potencjałów tego roku i gry ogólnie… Nie spodziewałem się, że po tak genialnych grach jak The Last Door i jego trochę słabszy sezon drugi, dostanę takiego gniota…

NIE POLECAM

Rating: 2.0/10. From 1 vote.
Please wait...