Sama przygoda rycerza z łopatą była niesamowicie pozytywnie odebrana przez społeczność. Dodatkowo: mamy tu jedną z niewielu sytuacji, w których gra zamiast tanieć po premierze… To drożeje… I ostatecznie to właśnie cena skutecznie mnie od niej odstrasza.
Jednak, tak się trafiło, że Cyber Shadow straszy jedynie poziomem trudności, bo Game Pass skutecznie rozwiązuje kwestię ceny. Na plus można doliczyć fakt, że pixele straszne nie są. Pomimo takiej a nie innej grafiki, widać przywiązanie do szczegółów i ogólnie wysoki poziom jakości wykonania.
Jeżeli chodzi o właściwy gamplay, to jest to jeden z tych “łatwych w nauce, ciężkich w masterowaniu”. Na start dostajemy jedynie możliwość skoku i szybkiego uderzenia – więc jest jasno, klarownie i przejrzyście. Z czasem dochodzą nam shurikeny czy inne efekty dodające czasowego boosta, jednak dalej wszystko jest jasne.
Niestety, nie zawsze wszystko jest sprawiedliwe. Często i gęsto jeden pixel okazuje się nie do pokonania, gdy inny, zdawałoby się taki sam, jest jak powietrze… Troszkę denerwuje, że wrogowie swobodnie przez ściany przechodzą… I w sumie, na doczepkę mógłbym powiedzieć, że byłoby fajnie, jakby był wybór jednak troszkę niższego poziomu trudności.
Muzyka, fabuła i bossowie to ewidentnie pokłon w stronę neonowych lat ‘80. Momentami czułem się, jakbym grał w Contrę – co jest olbrzymim plusem, gdyż to właśnie produkcja Konami jest na pierwszym miejscu moich ulubionych gier z “Pegazusa”.
Jeżeli miałbym ograniczyć się do opisania Cyber Shadow w jednym zdaniu, to: “fajnie, że zagrałem w Game Passie”. Bo czuć dopracowanie i miłość twórców do gier z ery NES’a. Jednak, niestety przez poziom trudności częściej się frustrowałem niż dobrze bawiłem. Ale wiem, że trudne gry mają swoich miłośników, a technicznie wszystko jest świetnie. I gdy patrzę wstecz, to żałuję, że Blasphemous nie zostało tak dobrze zrobione…
POLECAM