

Nie wiem czy to zabieg specjalny, czy całkowity przypadek, ale gra technicznie jest całkowitym odzwierciedleniem tego co twórcy chcieli przedstawić w niej. To jest jak łamanie czwartej ściany! Historia o wielkim projekcie i ambicjach, które niestety po spotkaniu z rzeczywistością zawiodły. I techniczna warstwa, która jest wielkim projektem z ambicjami, które niestety po spotkaniu z rzeczywistością zawiodły.
I, żeby było śmieszniej mógłbym napisać jeszcze dokładnie to samo, nie tylko o samej opowieści, ale też sposobie jej przedstawienia. To wszystko jest smutne i śmieszne zarazem. Lecz niestety, w ostatecznym rozrachunku – nie jest pozytywnie odbierane.
Dobra. Zaczynamy, jak w BioShocku – przebywamy drogę z punktu A do punktu B. Trafiamy do „krainy” żywcem wyjętej z produkcji klimatów Noir. A nawet osoba dookoła której oś fabularna orbituje – Nikolas Tesla – tak, jak Rayan – jest wizjonerem, który chciał stworzyć utopię.
Różnice między BioShockiem a Close to the Sun są takie, że w tym pierwszym marnujemy czas na audiologi i źle zaprojektowany model strzelania, kiedy w tym drugim zwyczajnie cieszymy się eksploracją. Nie mamy tu broni, plazmidów i niepotrzebnych zjadaczy czasy (w postaci wspomnianych dzienników). Wcielamy się w Rose, która płynie na olbrzymi statek: Helios, by uratować siostrę. Za to mamy czas, by na spokojnie nacieszyć oczy przepięknym molochem. Rapture wspominam jako jedyny chyba plus serii z Tatuśkiem. Tutaj dostałem nareszcie możliwość cieszenia się popisami grafików zamiast biegania w poszukiwaniu nagrań.
Ale ok! Dosyć o produkcji Irrational Games. Widok z oczu. Symulator spacerowania. Wielki statek. Ratowanie siostry. Dalej.
Teraz przyszedł czas na wspomniane wcześniej ambicje. Według alternatywnej historii przedstawionej nam przez zespół Storm in a Teacup, Tesla osiągnął niesamowity wręcz sukces, został miliarderem i stworzył olbrzymi statek – Helios – po to, by sprowadzić na niego najlepszych naukowców świata, by w spokoju prowadzić badania i poprowadzić ludzi ku lepszej przyszłości. Niestety, jak to często bywa – coś poszło nie tak.
Widać, że scenarzyści bardzo chcieli opowiedzieć coś ciekawego i dojrzałego. Z wielkimi ambicjami i wielkimi upadkami wielkich ludzi. Jednak sposób, w jaki prowadzą widza jest, lekko ujmując, nienajlepszy. Za każdym razem, gdy gra się rozpędza, dostajemy jakieś schematyczne teksty i sytuacje… „Tak! Obiecałam ci to więc teraz mnie popamiętasz”. „Muszę pomóc mojej siostrze! Muszę jej pomóc”. Itd… I niestety przewidywalność wydarzeń nie pomaga w odbiorze. Bardzo szybko można było się zorientować, kto, co i dlaczego. Szkoda. Potencjał był olbrzymi. Przejście całości zajmuje 4 godziny, więc na tym urwę temat fabuły.
Co się tyczy zaś technikaliów: widać, że twórcy chcieli wiele. Z wielkim przepychem. I dlatego upadek też jest taki wielki. Wszystko jest piękne i dopracowane. Światła, odbicia, projekt lokacji. Tylko prędkość poruszania się Rose to największe nieporozumienie całego Close To The Sun. Widać, że została ona celowo spowalniana, żeby tytuł być chodź odrobinkę horrorem (nie jest). Jednak momentami jest to aż zbyt przesadzone. Nie jestem w stanie zliczyć sytuacji, w której ginąłem tylko dlatego, że uciekałem prosto i prześladowca mnie doganiał. Nie ma innej drogi. Możesz biec tylko i wyłącznie prosto. I umierasz. Bo tak. Bo jesteś wolny. Albo jeszcze lepiej: masz do przeskoczenia przeszkodę. Co robi każdy protagonista w takich momentach? Oczywiście staje, patrzy się na przeszkodę, a potem przekłada jedną nogę i za chwilę drugą. Po czym znów staje i dopiero zaczyna biec…
Najgorsze w tym jest to, że takie głupoty – śmierć nie z winy gracza, powtarzana 30 razy, skutecznie zniechęca do dalszego obcowania z tytułem. Ale to nie koniec bugów. Któregoś razu coś dziwnego stało się z moją kamerą… I okazało się, że nie powinienem szukać siostry a własnej głowy, bo musiałem upuścić ją gdzieś po drodze. Nieruszające się usta innych postaci? Spoko! Postawimy je dalej (postaci, nie usta) i sprawa załatwiona. Przecież nikt tego nie zobaczy z daleka. I moje ulubione: napisy. Ustawiłem standardowo – mowa: ang, napisy: pl. Co dostałem? Mowę po angielsku. I napisy po polsku. I rosyjsku. I niemiecku. I angielsku… Czemu? Nie wiem. Zwyczajnie, nagle, w środku rozmowy BUM i widzę cyrylicę. Jeszcze rozumiem ten język angielski – przecież na co dzień też używa się niektórych zwrotów bez tłumaczenia. Jednak niemiecki? Rosyjski?
Bardzo zabawnie wygląda to właśnie wtedy, kiedy porównany sobie ambicje do rzeczywistości, zarówno przedstawionego tu Tesli, jak i samych producentów. Widać, że chcieli dobrze. Widać, że się starali. No ale coś przecież musiało pójść nie tak… Nie znaczy to, że gra mi się nie podobała! Dalej było lepiej, niż w dwóch pierwszych BioShockach. Ale, gdyby pan Epic nie dawał Close to the Sun za darmo i wydałbym własne pieniądze – wtedy byłbym zdenerwowany.
POLECAM